[GE] Tskhakzasari

Sam nie wiem dlaczego wcześniej na to nie wpadłem – zmieniam pierwotne plany i idę z ekipą do chatki pod Tskhakzasari. Ekipa ma śpiwory, sprzęt do gotowania, nieco zapasów i chęć by zostać tam  na noc a jutro coś wyżej załoić. Ja psiworka nie mam więc wracam na noc na kwaterę. Pogoda zacna – lampa a my przy takich założeniach zupełnie nigdzie się nie spieszymy. Zaczynamy się pakować po 1o:oo a ruszamy przed 11:oo przy czym sporo czasu schodzi im na zaprowiantowaniu na wyjście i kupnie kartusza z gazem. Gdy ekipa chodzi po sklepach, ja przy takim skwerku będącym jednocześnie centrum transportowym Mestii pilnuję plecaków i nart.

Tskhakzasari

Przy okazji tego pilnowania zaczepia mnie Gruzin i pyta czy nie potrzebujemy transportu? Mówię, że będziemy potrzebować ale jak widzi ekipa jest na zakupach. Poza tym to tylko krótka trasa za lotnisko – mniej niż 4 km. Staje na 2o₾ za samochód. Pogadałem sobie w tym czasie z Laco – bo tak się nazywa a przynajmniej tak się dopisał podając swój numer telefonu – na temat naszych planów i potrzeb transportowych na kolejne dni. Chłopakom trochę schodzi na poszukiwaniu sklepu w którym są kartusze, ostatecznie kupują po małym kartuszu za naprawdę zdzierską cenę. Bodaj 25₾ za 1oo ml. W końcu zbieramy się, pakujemy do Mitsubishi z kierownicą z prawej strony. Dobra droga kończy się zaraz za Mestią, wtedy zaczynają się koleiny. Naprawdę głębokie więc podwózka kończy się w miejscu gdzie droga w górę skręca po raz pierwszy w stronę kapliczki. Wypakowanie, pożegnanie i w górę. Człapanie w mocnym słońcu idzie nam powoli a dobra połowa podejścia wiedzie zasypaną śniegiem szutrową drogą. A ja przez cały czas tego odcinka zastanawiam się jak mi się tu będzie zjeżdżać? Bo to płużenie w zasadzie cały czas będzie, na wężyki nie ma tu miejsca : (

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Naszą podejściową drogę opuszczamy kilka zakrętów dalej i wyżej. Idziemy ewidentnie przedreptanym świeżym śladem bardziej na wprost w górę. Zbocze jest fajnie zaśnieżone, przechodzimy też przy jakimś drucie kolczastym – znakiem tego, że jest tu ogrodzone pole. Pomykamy, pomykamy, pomykamy. Ali wyrywa się mocno do przodu, Darek za nim. Widoki wyborne.

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Po kilkuset metrach człapania pojawia się w górze pierwszy dach. Po nim drugi. I nagle widzimy dach zupełnie nowego domku. Widać, że jest to coś zupełnie nowego – drewno na balach jest jasne, na piętrze okna mają szyby. Zapala się “żarówka”: co tam będzie? Czy da się przespać? Włącza mi się proces “tentegowania”. Ja dochodzę na taras domku już po tym jak Ali z Darkiem rozpoznają teren dookoła domku, jedna z okiennic jest otwarta, w środku widać kozę, piętrowe prycze i kilka śpiworów na nich. Do tego jest tu jakaś psina : )

Tskhakzasari

Czekamy na resztę grupy, bo ktoś tu powinien wrócić i kimać, więc trzeba to przegadać.

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Gdzieś tam w oddali pod Uszbą miga nam siedem osób jadących w dół, gdzieś bliżej kilka kolejnych, nawet dwie osoby z buta tu chodzą – choć do domu nie dochodzą. Ruch spory : )

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Gdzieś w dole widzimy jak ta siódemka ubiera foki i zaczyna podejście, obstawiamy więc że to lokatorzy tej chatki. I faktycznie dochodzą na raty, ekipa międzynarodowa: Belg, Francuz, Niemcy i dwóch lokalnych “gajdów”. Oczywiście pytanie do gajdów czy możemy z nimi przespać? Coś tam między sobą rozmawiają a ja w tym czasie cały czas łamię się: spać tu czy nie spać? Śpiwora nie mam ale koce są i koza jest może mnie nie przemrozi? Ostatecznie słyszymy, że to grupa ma zdecydować. A ja nadal się łamię : (

Tskhakzasari

W oczekiwaniu na wyniki tych dyskusji Ali i Darek wyrywają na pobliski szczyt. Te rozmowy jakoś tak słabo idą, ale ostatecznie po chyba godzinie tamta ekipa się zgadza. Pozostaje kwestia ceny i tu prawie zaliczam opad szczęki słysząc … zbyt dużą kwotę : ( O ile do tej pory się jeszcze wahałem to po usłyszeniu ceny w zasadzie nie mam wątpliwości. Ale odkładam ostateczną decyzję na później i myśląc, że chłopaki zjadą pobliskim zboczem idę za nimi licząc na jakieś fajne kadry – bo światło jest z tych bajkowych – choć bajkowo chłodnych światłocieni.

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Niestety ze zdjęć nic nie będzie – przez chwilę widzę ich jak przemykają gdzieś tam daleko. No to sam wchodzę na pobliskie wzniesienie i tam zdejmuję foki i robię ostatnie zdjęcia korzystając z tego, że chmury uciekły z nad Uszby na południe i widoki na pobliskie masywy są wyśmienite : )

Tskhakzasari

Tskhakzasari

Tskhakzasari

W końcu szykuję się do zjazdu. Zjazdu do samego dołu, bo taką decyzję ostatecznie podejmuję. Gdy mam zacząć zjazd na zboczu pojawia się Iza i Jacek. Mówię Izie co i jak, proszę by pozdrowiła chłopaków i życzę im dobrej zabawy jutro. Zjazd do chatki daje mi – jak się okaże – przedsmak tego co będzie się działo na stoku poniżej niej. A dzieje się sporo i ogólnie jest to dramat. Na podejściu za dnia mieliśmy fajny miękki śnieg wszędzie a teraz generalnie mam do czynienia z tym fajnym miękkim śniegiem ale przeplatanym polami twardego w który wbijam się nartami od dołu, nie jestem w stanie tej warstwy od dołu przełamać i się wywalam. Nogi mi w tych warunkach zupełnie nie pracują, jakbym miał narty pierwszy raz na nogach : ( I tak ze dwa razy.  Zatrzymuję się na chwilę przy domku by zabrać plecak, przepakować się i rzucić ekipie z domku “cześć”. Jeden z nich pytanie tylko czy będę tu jutro z rana podchodzić? Ja na to, że mam inne plany : )

No i znów zaczynam zjazd, jeden z najbardziej paskudnych zjazdów w moim życiu. Żeby to był sam puch do połowy łydki (a tak bywało) to by była bajka, żeby to była lodoszreń (bo też było jej dużo) to też dałbym radę, ale to jest nadal mieszanka puchu z lodoszrenią. Mam dokładną powtórkę ze zjazdu znad domku. Masakra o której chciałbym jak najszybciej zapomnieć. W końcówce tego pola śnieżnego niezłym kartofliskiem  dojeżdżam do drogi, którą w południe podchodziliśmy. Dokładnie w tym miejscu w którym na podejściu Darek chciał iść w górę. Na chwilę zdejmuję narty by najwęższy odcinek śniegu przy jakiejś przerwie w płocie zejść na nogach Od tego momentu jest już w miarę stabilnie – wąsko, więc po prostu płużę do bólu w tym mokrym już śniegu. W końcówce widzę jak ślady nart objeżdżają kapliczkę z innej strony niż podejście. I tu znów albo trochę szreni albo fajnego miękkiego śniegu. Przed jakimś osypiskiem, które poprzedza dojście do drogi znów zdejmuję narty. Do pierwszego licząc o dołu zakrętu jest może 5o metrów. Czyli “w domu”. Ciąg dalszy drogi powrotnej też idę z buta żałując ze nie mam jakichś adidasów czy czegoś takiego …

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.