[AT] Berliner Höhenweg (aka Zillertaler Runde) 1/2

Zillertal to nasz plan B na wyjazd w pierwszej połowie sierpnia. Początkowo i już od naprawdę dawna miała to być Skandynawia ale raz, że problem z urlopem a dwa, że upały i tam sprawiły, że w tym roku przestała się liczyć : ( Fajnie by było spędzić ten czas na wodzie, ale wspomniane upały w połączeniu z suchymi lasami nawet nad wodą oraz wysokimi temperaturami jako takimi sprawiły, że chłodu trzeba poszukać gdzieś indziej. Wybór padł na Zillertal głównie za sprawę artykułu w ALPIN opisującego kilkudniową pętlę zwaną “Berliner Hohenweg”. 8okm wydaje się być dystansem w sam raz na urlop jakim dysponujemy tak by można go było jeszcze zakończyć w Czechach na OCManie. Co do pogody to od samego rana mamy “lampę”. Śniadanie, pakowanie i … trzeba by znaleźć miejsce skąd startuje nasz BHW. Poszukiwania zaczynamy od zjechania na dół, co okazuje się być błędem, bo punkt wyjścia znajduje się jednak w Finkenberg (a w zasadzie Dornau) niewiele powyżej parkingu ale po drugiej stronie kanionu jaki w tym miejscu wyżłobił Tuxbach – gdzieś na 9oo m.n.p.m.. Do porannej “lampy” na podejściu dochodzi duchota, co nie dość że nie jest przyjemne to jeszcze zwiastuje zmianę pogody i deszcz. Na razie jednak człapiemy, tempo jest takie sobie – znaczy ja ciut szybciej Myszka ciut wolniej : ) Podejście początkowo prowadzi lasem by później przejść w bardziej otwarty teren na którym kilkukrotnie przecina drogę szutrową do schroniska. Po tym jak na krótkim odcinku przecinamy kilka razy serpentynę szutru teren najpierw się wypłaszcza a później dodatkowo przechodzi w las. W tym lesie jest zatrzęsienie jagód – turyści się zatrzymują, ale mnie Myszka odgania od tego by też coś nazbierać.

Do Gamshütte (1921m) docieramy w całkiem dobrym tempie. Tu robimy sobie oczywiście popas, a raczej po prostu się nawadniamy wpatrując w otaczające nas szczyty wśród których najbardziej na horyzoncie wybija się Dristner (2767m) oraz zmajstrowany pod gołym niebem … prysznic. Woda jest – Myszka sprawdziła, ale mimo, że byłby to dobry pomysł nie korzystamy z tej okazji. Przerwę wykorzystuję też na podładowanie jednej z komórek (na obu zapisuje ślad GPS). Nasz odpoczynek przerywa dość nagle to, że trafiam na drogowskaz informujący, że do Friesenberghaus – czyli schroniska w którym mamy zamiar spać jest … 9h! Szlag! Jest południe, wiec dojście jest realne pod warunkiem, że utrzymamy tempo. No nie ma co – deczko to nas mobilizuje do dalszego marszu ale też za sobą mamy jakiś kilometr podejścia do schroniska. Właściwy BHW w sumie zaczyna się dopiero teraz przy czym pierwsze gdzieś 2oom podejścia pokrywa się ze szlakiem na Vordere Grinbergspitze (2765m).

Nasz szlak od rozwidlenia prowadzi w zasadzie poziomo przez rozległe równe zbocze porośnięte tylko trawą i jakimiś krzaczkami. Ktoś z ekip z którymi się wymijamy pyta czy idziemy w przeciwną stronę – gdy potwierdzam jest wyraźnie zdziwiony. Ja na to, że jak by co to śpimy pod chmurką na co on życzy powodzenia : ) Za przełamaniem ramienia spadającego z Vordere Grinbergspitze wyłania się kolejne rozległe zbocze a po jego środku ogromny głaz z wybudowaną przy nim wiatą i ruinami zabudowań bardziej na zachód. Z początku robię sobie w myślach nadzieję, że może uda się tam przespać, ale gdy dochodzimy na miejsce to okazuje się jednak, że będzie ciężko. Przybytek jest pozamykany na przysłowiowe cztery spusty a jedyne osłonięte od potencjalnego deszczu miejsce to narożnik przy ubikacji a deszcze trzeba by przeczekać w kucki. Na spanie znajdą się co prawda dwa w miarę równe miejsca ale szału nie ma. W czasie gotowania w przyjemnym popołudniowym słoneczku Myszka przysypia na ławce przez chatką – no nieźle …

Po obiedzie szybko się pakujemy i ruszamy w stronę kumulującego poniżej na Wildschrofen (2142m) kolejnej grani. W połowie drogi do niej gdzieś w pobliżu rozlegają się gwizdy i Myszka wypatruje pierwszego świstaka.

Gdy schodzimy z grani zaczyna kropić, początkowo słabo, po kilku minutach już mocniej – choć bez tragedii, po prostu trzeba uważać na mokrych kamieniach. … Teraz powinienem coś napisać o tym co było wieczorem i nocą, ale nic z tego, bo to temat raczej na opowieść przy ognisku niż zostawianie o tym pamiątki w necie : ) W każdym razie początkowo zanosiło się, że tej nocy będzie niefajnie, ale mieliśmy szczęście – skończyło się dobrze i sucho (relatywnie) : )

Budzik jest ustawiony na 6:45 – po przebudzeniu zaliczamy lekkie dogorywanie. Niebo jest zaciągnięte, ale podstawa chmur w miarę wysoko, wiec przynajmniej w najbliższym czasie nie powinno padać. Na pierwszych serpentynach za Pitzenalm’em mija nas jakaś truchtająca kobitka – przyznam, że jestem lekko skonsternowany bo nawet jak by tu wbiegła pierwszym szlakiem prowadzącym z dołu to jest to niezła sprawa : )

Widoczność jest taka sobie, choć gdy ścieżka przecina Lackenalm to przez chwilę wiać całkiem sporo i to co widzimy bardzo nam się podoba. Szkoda tylko, że po kilkunastu minutach znów wszystko ginie w chmurach : ( Gdy dochodzimy do Birglbergkar z przejaśnień wyłania się kilka naprawdę długich wodospadów – coś tam próbuję sfotografować, ale średnio mi to wychodzi.

Fajnie by było gdyby szlak trawersował tę dolinę, ale nie ma dobrze i teraz trzeba stracić jakieś 15o metrów z wysokości by przejść przez kładkę w pobliżu Kesselhütte. Gdzieś na tym zejściu mijamy osoby idące w przeciwną stronę. Obok schroniska się nie przechodzi bo to jest trochę schowane z boku szlaku, mijamy za to ruiny jakichś innych zabudowań by po przejściu przez potok znów zacząć podejście.

Wg mapy ma być teraz przez jakiś czas relatywnie płasko i w sumie jest – tyle, że po kamieniach. Tak dokładnie to przechodzi się przez znakowane gołoborze – nawet z kijkami męczący teren, na nasze szczęście teraz jednak suchy. Pod koniec gołoborza ścieżka idzie ostrzej w górę i dość szybko urabiamy dobrych 1oo metrów wysokości. Znów mijamy kolejnych turystów a BHW przez kilkaset metrów idzie trawersem. Trawers kończy się kolejnym pionowym odcinkiem szlaku – urabia się gdzieś 5om wysokości klucząc po takim parchatym skalno-ziemnym zboczu. Później znów teren się wypłaszcza. Gdy wcześniej przeglądałem mapę to coś mi się pomieszało bo byłem przekonany, że przy leżącym przed nami poniżej Wesendlkarsee jest już nasze schronisko. Błąd, co więcej – rozczarowujący błąd. Przed nami widać, że teraz czeka nas lekkie podejście, po nim trawers. Widać jednak drogowskaz: do schroniska zostało 3o minut, no to spinamy się i znów powoli człapiemy. BHW kluczy tu specyficznie ale w końcu z chmur wyłania się Friesenberghaus. W chwilowych przejaśnieniach i z dużą ulgą stajemy przed wejściem : ) W środku lekkie zaskoczenie – trzeba wskakiwać w kapcie – dosłownie. Zostawiamy rzeczy w rogu dużego wiatrołapu w sąsiedztwie wieszaka na kijki, zdejmujemy buty, które ja idę zostawić wraz z kurtkami w suszarni, zostawiam komórkę do podładowania i idziemy do jadalni. Cicho, ciepło i przytulnie. Zamawiamy herbatę i rosół z frankfurterką. Gdy po jakiejś godzinie wracamy do wiatrołapu by powoli szykować się do dalszej drogi do schroniska zaczynają wchodzić coraz bardziej mokrzy turyści – wystawiam głowę za drzwi: leje masywnie : ( Szlak do Olpererhütte to jakieś dwie godziny dreptanina – najpierw dość pionowo a potem długim trawersem na którym się tę wysokość traci i jak sobie pomyślę, że to mają być dwie godziny w takim deszczu i Myszka ma iść w zupełnie mokrych butach to … ordynuję zejście na dół. Liczę na to, że w Dominikushütte da się przespać i już nie do końca oryginalnym wariantem BHW będziemy kontynuować nasze plany. Zejście jest całkiem fajne, gdzieś w jego połowie przestaje nam padać.

Przechodzimy przez urokliwą Friesenbergalm a poniżej zaczynają się fajne widoki na jezioro zaporowe. 7oo metrów zbijamy w dwie godziny. Dominikushütte to największa porażka tego wyjazdu. Jedyne spanie jakie tu mieli kosztowało 34€ od osoby. Co z tego, że ze śniadaniem, jeżeli powyżej budżetu? Spinamy jednak pośladki, zakładamy plecaki i serpentynami zaczynamy człapać w dół. … Tego wieczora ponownie mamy szczęście – zatrzymujemy jedyny w czasie naszego zejścia z Dominikushütte samochód i tej nocy znów jesteśmy przy zostawionym wczoraj na parkingu Pysiocie : )

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.