Rurzyca – wielka MAŁA rzeka : )

Nasze spotkanie z Rurzycą ma dwa oblicza: rowerowe i kanujkowe. Rowerowe bo na tym wypadzie chcemy się też pokręcić po dalszej – niedostępnej z wody – okolicy, a kanujkowe bo … wiadomo – jak na wodzie i z klimatem to tylko w kanu : )

W Krępsku w sumie szybko udaje mi się namierzyć gospodarzy, u których zostawię rower, więc bierzemy się za gotowanie na jakimś ni to parkingu ni to łące przy mostku. Po obiedzie ruszamy – na początek w stronę stacji kolejowej w Płytnicy. Jakąś część tej drogi pokonujemy nawet leśnymi duktami ale ostatecznie wracamy do asfaltu widząc Rurzycę tylko raz, a i to w oddali. Przy stacji stajemy na krótki popas przy szlabanach a nawet jak się okazuje pod jednym z nich. A okazuje się dlatego, że dróżnik opuszczając je jedno z ramion zatrzymuje nad nami. Machamy mu z uśmiechem – ja z butelka w dłoni po czym ruszamy dalej – w stronę Wrzosów. Robimy przystanek na starym moście kolejowym by poprzyglądać się tłumkowi kajakarzy na wodzie i temu jak sobie radzą ze zwałkami po czym jedziemy dalej. Z mapy wynika, że przed nami jest jakiś mostek, którym można przekroczyć rzeczkę i proponuję by do niego dojechać. Myszka rusza bez entuzjazmu. Po kilkuset metrach pojawia się pierwsza z tablic informujących o tym że przed nami jest rezerwat do którego się nie wchodzi. No to próbujemy go objechać. Ostatecznie po przejechaniu sporego dystansu i zrobienia dużego łuku odpuszczamy, bo nawet GPS nie pomaga – nie ma zasięgu i nie można sprawdzić na mapie jak daleko jesteśmy od tej tajemniczej drogi. Będąc blisko jeziora Dębno na chwilę zjeżdżamy/schodzimy na jego brzeg. Długo tam nie jesteśmy – komary zniechęcają. Leśna droga tylko na ostatnich metrach zamienia się w szuter. Przy polu biwakowym oczywiście zachodzimy by zobaczyć jak to tam wygląda i jakie są ceny. Wygląda fajnie, ale 4ozł za dwie osoby namiot i samochód w połączeniu z marną logistyką jutrzejszego pływania sprawiają, że przestajemy brać to miejsce pod uwagę przy dzisiejszym noclegu. Do Krępska wracamy “po kresce”, bo trzeba jeszcze zostawić rower i znaleźć jakieś miejsce do przespania tej nocy. W drodze do Trzebieszek nic nie wpada nam w oko – pozostaje sprawdzić jak wygląda widoczne na mapie pole namiotowe. Te okazuje się być kawałkiem łąki przy zaczynającym się rozpadać domu – wszystko 5o metrów od rzeki. Siermiężność otoczenia, imprezujących gości, tabuny kotów-zakapiorów i chmary komarów i malutkich, ale mocno tnących muszek wynagradzają sympatyczni gospodarze. Rozkładamy się z namiotem i krzesełkami, coś tam przegryzamy i bierzemy za rozkładanie łajby. Po chwili przeganiam jednego z bezczelnych kotów, który zaczyna uciekać z woreczkiem naszych parówek. Muszek nie jestem w stanie przegonić i pogryziony przez nie – jak tylko kończę z PackBoat’em chowam się do namiotu.

W nocy padało, nad ranem też, ale poranek jest na tyle słoneczny, że nie tracimy wiele czasu na wysuszenie namiotu. Oczywiście cały czas towarzyszą nam wszędobylskie i wścibskie koty. Choć tak naprawę to nie koty, ale zakapiory jakieś – pysk każdego z nich skłania do rozważań na temat tego ile wyroków ma każdy z nich za sobą i za co? Pobicia? Stręczycielstwo? Dilerka? Rozboje z użyciem niebezpiecznego narzędzia? Bo takie mają pyszczki. W końcu zwijamy się na dobre, większość rzeczy idzie do auta, reszta do worka i do kanu.

Rurzyca

Start jest komfortowy bo z wybudowanego pomostu ale pierwsze metry pokonujemy bez wioseł – tylko odpychając się rękoma od stromych brzegów a płytkie kamieniste bystrze po prostu spławiamy.

Rurzyca

Po kilkudziesięciu metrach rzeczka się otwiera ale bynajmniej nie pogłębia dając przedsmak tego z czym będziemy mieli do czynienia przez cały dzień : ) Po wpłynięciu na jezioro Trzebieszki przypominam sobie, że jednak czegoś zapomniałem: słoika do podgrzania na końcu spływu. No cóż – zagotujemy sobie tylko ryż.

Rurzyca

Krótki odcinek rzeki przed jeziorem Krępsko Łękowe to powtórka z ols i mokradeł. Na Krępsku-Radlinie podobnie jak na poprzednim jeziorze z ciekawością rozglądamy się za potencjalnymi miejscówkami biwakowymi, ale teren nie rozpieszcza.

Rurzyca

Rurzyca

Rurzyca

Rurzyca

Rozpieszczać przestaje też pogoda z zachodu nadciągają ciemne chmury co bardzo szybko zmusza nas do szukania schronienia przed deszczem na brzegu. Zlewa przechodzi szybko. Dopływając do leśnego pola namiotowego czujnie rozglądamy się za powodem dla którego na mapie zaznaczono przenoskę i w końcu dostrzegamy … jakiś rozmontowany próg.

Rurzyca

Rurzyca

Po kilkuset metrach znów trzeba się zatrzymać pod jakąś rozłożystą olsą – przechodzi kolejna fala deszczu. Po tym jak i ona przechodzi to do poznanego wczoraj z perspektywy dwóch kółek starego mostu kolejowego cieszymy się już wyłącznie fantastycznie czystą choć nadal najczęściej głęboką na szerokość wiosła wodą.

Rurzyca

Płynę i myślę sobie, że to chyba najfajniejsza jednodniówka w dużym kanu jaką “zaliczamy”.

Rurzyca

Za mostem rzeczka trzyma dotychczasowy charakter, choć raz czy dwa jej głębokość sprawia, że wychodzimy z kanu by je spławić. Pierwsze zabudowania Krępska przynoszą pierwsze rozczarowanie – przenoska przy jakimś spiętrzeniu wody do stawów hodowlanych.

Rurzyca

Daleko nie trzeba się obnosić ale bardziej idzie o to, że znów “zabito” naprawdę fajną wodę. Po kilkuset metrach … znów trzeba wyjść z kanu – tym razem sprawcą kolejnej przenoski po lewej stronie jest elektrownia wodna. Wodowanie jest strome i nieco płytkie, ale bez tragedii. Szybko dopływamy do poznanego wczoraj parkingu ale płyniemy dalej – w końcu każda rzeka kończy się ujściem. To do Gwdy nie jest jakieś spektakularne – ot było wąsko a jest szeroko. Decydujemy się zakończyć pływanie przy pobliskim moście pokonując może dwieście metrów pod prąd. Odpalam kuchenkę, stawiam wodę i idę po rower. Już w trakcie pływania przyszło mi do głowy by zostawić dwa banany i zetrzeć je nożem do zagotowanego ryżu. Mieszanka okazuje się być smaczna i całkiem energetyczna. W końcu Myszka zostaje przy rzeczach a ja wskakuję na rower i ruszam w drogę po Pysiota.

Jeszcze nie wiem, że największa “przygoda” tego dnia jest jednak jeszcze przed nami. Ale klimaty z “Ceny strachu” to już inna bajka : )

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *