[FR] Trzy dni na Tarnie

Sobota

Po dwóch dniach za kółkiem w końcu dojeżdżamy do Formares – pierwszego miejsca gdzie przy odpowiednim stanie wody można zacząć spływ Tarnem. Zanim jednak pojawiamy się na Pont du Tarn idziemy do marketu na zakupy. Po nich końcu jedziemy na parking przy moście. A tam … masakra! Jest tak płytko, że aż przykro. Co pozostaje? Jechać dalej w dół rzeki. Kolejny rozpoznawczy przystanek robimy na poboczu koło mostu w Ispagnac.

Tarn

Tam wygląda to już nieco lepiej, ale szału nadal nie ma. Podobnie przy moście przed Charamaou. Na przyklejone do skał zabudowania Castelbouc spoglądamy z … punktu widokowego : ( Przed Blajux bodaj schodzimy do rzeki żeby poobserwować pierwszą małą armadę kanadyjek. Płynie ekipa dzieciaków w wieku podstawówkowym i dwóch starszych opiekunów. Sensowny dla nas poziom wody wydaje się być dopiero w Prades i tam – poniżej progu postanawiamy się zwodować.

Tarn

Zjazd do rzeki jest dość stromy ale myśl o powrocie pustym Pysiotem uspokaja. Parkujemy przy toalecie nad zaporą i tam się przepakowujemy na dwa dni pływania. Myszka zostaje z gratami a ja wracam na parking zostawić auto. Do wodowania poniżej progu trzeba przejść z rzeczami jeszcze jakieś 2oo metrów. Po kilku kursach w obie strony na kamieniste plaży wodujemy kanu i zaczynamy przygodę z Tarnem : ) Krótko po starcie w kilku miejscach trzeba wychodzić z kanujki – tak bywa płytko, ale ogólnie jest OK.

Tarn

Podobnie z pogodą, gdzieś na początku przez chwilę pokropiło, ale później już tylko praży słońce. Woda oczywiście krystalicznie czysta, choć nieco chłodna. Może nie tak jak w alpejskich rzekach, ale jednak. Odcinek do Ste-Enimie prowadzi malowniczym wąwozem a jedyne problematyczne technicznie miejsce to dość ciasne bystrze przed mostkiem kilkaset metrów przed Ste-Enimie. Przy wyższym stanie wody trzeba by było się przenosić bo z betonowych przęseł robi się wtedy syfon, ale tym razem mamy duuuuży zapas. Na wodzie początkowo jest nieco tłoczno, między innymi dlatego, że w międzyczasie  dopływa do nas ekipa spotkanych wcześniej kanadyjek i jakiś czas płyniemy w pobliżu siebie. W pewnym momencie na jakiejś większej plaży cała tamta ekipa zostaje na noc. Samo Ste-Enimie swoją urodę ma, ale okazuje się też być miejscem z którego na wodę ruszają dosłownie tłumy.

Tarn

Na nasze szczęście jest już wieczór i ruch na wodzie to prawie wyłącznie osoby zażywające kąpieli, poza plażowiczami widzimy tylko jedną załogę. Korzystając z okazji idę na dominujący tu nad rzeką most poszukać jakichś motywów na szybkie zdjęcia i przy tym rozpoznać drogę przez płycizny za nim po czym wracam do Myszki.

Tarn

Za wioską na prawym brzegu na dość długim jego odcinku mijamy namioty i kampery, ale kilkaset metrów za nim po przeciwnej stronie uśmiecha się do nas szczęście w postaci całkiem równej plaży. Krótko po tym jak przybijamy do niej mija nas kajak – jak się później okaże – ostatni dzisiaj. Początkowo mamy ochotę na ognisko, ale brak śladów takowego po poprzednikach w połączeniu z bliskością drogi i nie do końca sprecyzowanym statusem spania na dziko sprawiają, że odpuszczamy ten pomysł. Z braku ogniska czyli pretekstu by posiedzieć poza namiotem szybko zalegamy w śpiworach.

Niedziela

Tej nocy śpi się nam wyjątkowo dobrze bo budzimy się wpół do ósmej : ) Niebo bez chmurki, ale namiot mokry bo taka tu rosa. Z omletów na śniadanie nic nie wychodzi bo jak się okazuje nie spakowałem mąki. No cóż. Czekając na to by namiot podsechł spaceruję z aparatem po obu końcach naszej plaży i na jej dolnym końca zauważam, że załoga która nas mijała wieczorem rozbiła się dosłownie za zakrętem na przeciwnym brzegu.

Tarn

Przed dziesiątą gdy kończymy się pakować mijają nas pierwsze kajaki. Autor przewodnika wspomina, że naprawdę fajne widokowo pływanie zaczyna się za Ste-Enimie i z perspektywy wczorajszego dnia – mimo kilku kolejnych płycizn jakie się nam znów trafiają – mogę to potwierdzić. Mogę również potwierdzić, że pływanie w niedzielę w środku sezonu oznacza prawdziwe tłumy na wodzie : ) Ludzi jest naprawdę … od groma. Jak zawsze w takiej masie trafia się też kilka “ćwirków”. W końcu pojawiają się pionowe ściany a sama dolina robi się ciaśniejsza.

Tarn

Początkowo ich wysokość nie imponuje bo mają tak po wyciągu. Od zbudowanego w 19o1 roku mostu przy St-Chély-du-Tarn sytuacja zmienia się radykalnie. Tutaj po pierwsze: do rzeki kilka strumyków wpada malowniczymi wodospadami a my oczywiście podpływamy sobie do nich na tyle blisko by nas trochę pochlapało.

Tarn

Tarn

Po drugie: za zakrętem na długości kilkuset metrów rozpościera się sektor naprawdę wielkich ścian. Kolejna obserwacja jest taka, że tubylcy znają chyba każdą żwirową plażę na brzegach tej rzeki bo wszystkie które mijamy mają “pełna obsadę”. Od kolejnego zakrętu dolina znów się poszerza i tak jest do La Malène. Tam przy progu przez chwilę mamy zagwozdkę na temat tego jak po porośniętych glonami i ociekających wodą kamieniach przenieść się przez przeszkodę. W końcu coś tam wymyślamy i już siedząc w kanu na wodzie poniżej przez kolejnych kilka chwil obserwujemy jak w polietylenowych kajakach robią to tubylcy.

Tarn

Ogólnie masakra, ale przecież najmocniejszy sprzęt to ten z wypożyczalni ; ) Od tego miejsca można też sobie wynająć łódź motorową z przewodnikiem i faktycznie kilka takich pojawia się później na wodzie. Za młynem dolina ponownie się zwęża a ściany są już zdecydowanie niższe jednak to, że robi się wąsko sprawia, że widokowo znów jest bardzo atrakcyjnie a małe płaskie kamieniste plaże wręcz zapraszają by zostać tu do wieczora. Gdyby tylko do tego wieczora było bliżej ; )

Tarn

Tarn

Tarn

Najbardziej malownicze miejsce tego odcinka nazywa się “les Droites” (jakoś tak alpejsko). Ostatnim akordem pływania w kanionie jest mijana po prawej wysoka skała z której można sobie skoczyć … na bungee.

Tarn

Udaje się nam nawet trafić na taki skok – niestety na sięgnięcie po aparat zabrakło czasu a wyczekiwanie w cieniu na kolejnego skoczka nie przyniosło rezultatu. Nieco ponad 22km odcinek liczony od Ste-Enimie kończy się w Pas de-Souci.

Tarn

Tarn

Kilkaset metrów poniżej tego wyjścia z wody skały jakie zwaliły się w nurt Tarnu tworzą miejsce niespływalne. Jakichś specjalnych planów na to jak zorganizować resztę tego dni wcześniej nie robiliśmy bo nie wiedzieliśmy jakie tu będą warunki na gotowanie czy spanie. W sumie i do jednego i do drugiego są niezłe, ale przez stosunkowo wczesną porę decydujemy się na podciągniecie tu samochodu, zjazd do les Vignes, wodowanie i przepłynięcie jeszcze jakiegoś odcinka. Stop idzie mi nawet nieźle, bo z parkingu zabieram się od pierwszego machnięcia z kierowcą z wypożyczalni. Ten wysadza mnie przy la Malène, tam jednak po kilkunastu minutach stania w cieniu jakiejś reklamy załapuję się na kolejny samochód transportujący kajaki i tym razem jadę do Ste-Enimie. Tutaj na wylotówce widać, że 9o% ruchu kończy się właśnie w tej miejscowości i na kolejną okazję przychodzi mi już dłużej poczekać. Do Prades nie jest w sumie daleko i gdyby nie upał to w sumie można by przejść te 4-5km, na szczęście nie trzeba – docieram do niego jakimś małym autkiem prowadzonym przez tubylca posiadającego dość ciężką nogę. A to w połączeniu z krętą górską drogą daje ekscytującą kombinację : ) W Prades samochód stoi tam gdzie go zostawiłem a jedyne co mnie zaskakuje to temperatura jaką po włożeniu kluczyków wyświetla termometr: 39°C. Aż tyle się nie spodziewałem. Po powrocie do Myszki pozostaje przenieść się z rzeczami do samochodu i pojechać do les Vignes. Tam w pierwszym podejściu do wodowania skucha – trafiamy na zjazd ale powyżej wybudowanego tam progu i trzeba jechać dalej. Już w les Vignes szybko namierzamy właściwy parking, ten ma tylko jedna wadę – nie można zostawiać tu samochodu na noc. OK poszukam innego ale najpierw gotowanie! Carbonarę pochłaniamy jak przysłowiowa małpa kit : ) Nabieramy jeszcze wody do butelek i o 2o:oo znów mamy wiosła w dłoniach. Woda jest jakby głębsza niż do tej pory i niesie fajnie. Jesteśmy też na niej sami co w sumie nie dziwi bo pewnie 99% wodniaków to spływy komercyjne, które na pewno już się zakończyły.

Tarn

Trochę tak sobie płyniemy a gdy w końcu dostrzegamy pierwszą nadająca się do rozłożenia z biwakiem plażę ta okazuje się być zajęta. No trudno – wiosłujemy dalej.

Tarn

I wychodzi na to, że podobnie jak w wczoraj znów mamy duuuuużo szczęścia, bo po kolejnych kilkuset metrach trafia się nam wyborne miejsce ze śladem po ognisku a na dodatek między dwoma bystrzami : )

Tarn

Tarn

Tarn

Gdy rzeczy i kanu lądują na brzegu Myszka tradycyjnie bierze się za rozstawianie namiotu a ja za rozpalanie ogniska. Po kilkunastu minutach siedzimy już przy małych płomieniach i przewracamy kiełbaski na ruszcie. W ogólnej ciszy późnego wieczora okazuje się, że dolne bystrze jest nieco hałaśliwe i by się od niego odgrodzić akustycznie przenosimy kanu między namiot a szumiąca wodę tak by robiło za ekran. Myszka około 22:oo zalega w śpiworze, jak kontynuuję dyżur przy ognisku z kolejnymi kiełbaskami. By wpadam na to by je upiec tak by nie popsuły się w upale dnia i by je można było zjeść na drugie śniadanie.

Tarn

Przed 23:oo w górze rzeki dostrzegam jakieś światło i pierwszą myślą jest to, że ktoś idzie brzegiem rzeki w nasza stronę. Po krótkim czasie okazuje się, że to światło zbliża się do nas tak szybko, że ten “ktoś” musiałby chyba biec! Po kilku chwila wszystko się wyjaśnia: to samotny kajakarz płynący z bardzo mocną czołówką. No szacuneczek. Usypiam rozmyślając o tym nocnym wariacie : )

Poniedziałek

W promieniach porannego słońca nie chce mi się leżeć co dziś przekłada się na to, że o około 7:3o zaczynam się krzątać koło namiotu. Przy wczorajszym przepakowaniu zabrałem już mąkę i dziś na śniadanie robię omlety – moje ulubione wyjazdowe danie śniadaniowe. O szybkim ruszeniu na wodę nie ma mowy bo znów trzeba odczekać by wysechł dokumentnie wilgotny od rosy namiot. W każdym razie zanim zaczynamy machać wiosełkami obok nas przepływają dwa rafty pełne dzieciaków. Poranek zaczyna się o małej gimnastyki by szumiące w nocy bystrze dało się przepłynąć jakąś zgrabną linią. Kolejne metry (i kilometry) to wspaniale niosąca woda, bystrzy jest tak akurat by nie było nudno. A widoki na brzegach? No zacne.

Tarn

Przez tych kilka kilometrów tylko jedno bystrze wygląda na tak skomplikowane, że warto je rozpoznać z brzegu. Ogólnie to można by tak płynąć cały dzień gdyby nie to, że wszystko co dobre kończy się wcześniej niż by się chciało. W tym przypadku dopływamy do “la Sablière” o czym informuje nas odpowiednia tabbliczka na kamieniach. Konkretnie to informuje o tym że zbliżamy się do bystrza, które przewodnik wycenia na WW III-. Jeżeli nie jest to wycena zawyżona to dla dużego tripera jakim jest nasz Dumoine takie trudności to już spore wyzwanie i ponownie trzeba rozpoznać linię jaką będziemy płynąć. Ta prowadzi przez rozległy kamienny ogród i okazuje się być całkiem płynnym łukiem między głazami zmuszającym do mocnego wiosłowania z prawej burty tak by nie dać się przypiąć do kamieni po lewej i mocnego skrętu w lewo w końcówce.

Dumoine

Tarn

Z poziomem wody też nie ma komfortu – niby jest dość głęboko ale widać też, że w kilku miejscach nie obędzie się szorowania burtami o kamienie. I wychodzi nam całkiem dobrze. Przynajmniej do takiego wniosku dochodzimy jak sobie już “po” analizujemy czy linia którą wybraliśmy była optymalna. Takie 9/1o. Po kilkuset metrach na prawym brzegu skręcającej tu rzeki widzimy grupę ludzi i kilka kajaków, po podpłynięciu bliżej okazuje się, że jest to kolejne miejsce startu – dla tych wolących ominąć “la Sablière”. Sam zakręt to kolejne nieco chlapiące bystrze po którym trudności Tarnu w zasadzie się kończą. Nurt wciąż przyjemnie niesie, pokręcić miedzy kamieniami od czasu do czasu też trzeba, ale to wszystko. Nawet skalne ściany znikają w gąszczu drzew. Przejście w tryb relaksacyjny zaczynamy od małego popasu w cieniu na małej kamienistej plaży przed le Rozier.

Tarn

Tarn

Tarn

Upieczone wczoraj kiełbaski nawet na zimno smakują wybornie. Samo le Rozier jest miejscem o tyle charakterystycznym, że przepływamy tam obok mostu który przypomina ten słynny z Avignonu. Oba kończą się w połowie, przy czym ten na Tarnie po prostu został częściowo podmyty. Jego remont odpuszczono i kilkaset metrów dalej wybudowano kolejny.

2016-07-25-107-Tarn

Za Boyne po lewej burcie w głębokim zakolu rzeki czas na nowo pojawiają się skalne ściany przypominające nam o przepływanych wczoraj kanionach, ale to już ostatki. My też kończymy dopływając do brzegu przy Rivière-sur-Tarn. Dużej kamiennej plaży towarzyszy tam parking z ławkami i ubikacją. Myszka ponownie zostaje na brzegu a ja z wiosłem idę łapać okazję. Dziś szczęściu trzeba ewidentnie pomóc, a konkretnie przejść się trochę w stronę Boyne na coś co jest już ewidentną drogą wylotową. Tam już szybko zatrzymuję samochód jadący do le Rozier. Przyjemna niespodzianką jest to, że kierowca słysząc, że jestem z polski mówi “cześć” : ) Pytam skąd zna to słowo – odpowiada, że ma polskich znajomych. Do les Vignes też udaje mi się szybko zabrać, jak się okazuje z rodzinką, która jutro będzie szukać przygód na wodzie. Pysiot na parkingu jest wygrzany podobnie jak wczoraj i podobnie jak wczoraj odczekuję chwilę by nawiew nieco obniżył temperaturę. Na parkingu wskakujemy na chwilę do rzeki i ogarniamy się tylko na tyle tylko by zjeść obiad. Przed nami Millau i kolejnych kilkadziesiąt kilometrów drogi nad Orb.

One thought on “[FR] Trzy dni na Tarnie

  1. Pingback: Wpis kalendarzowy | Mysia Perć

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *