[AT] Ice Report: Renkfälle [26 II]

Dziś mało zdjęć (bo przez najdłuższe znane mi podejście w Austrii tym razem aparatu na wspin nie zabieram), a dużo pisaniny. No to po kolei: budzik dzwoniący o 5.1o nie może nie boleć, więc boli. Szczęśliwie nasz dzisiejszy cel jest konkretny to i wylegiwanie się dość krótkie. Plecaki spakowaliśmy wczoraj i po wrzuceniu czegoś na ząb wskakujemy do samochodu. Celujemy w Renkfälle z jakimś celem zapasowym na tury (w razie “W” pogodowego na miejscu) o którego szczegóły nie pytam Magdy co by nie zapeszyć : )

Nieco po 7.oo jesteśmy w okolicy Ried ale przez to, że ciut się zagadaliśmy to przejeżdżam obok miasta i by wrócić pod wjazd w dolinę kluczę po okolicy. Bałem się trochę podjazdów przez ich nastromienie i potencjalne oblodzenie drogi u góry ale dziś poza tym, że dwa razy gdzieś niżej na zakręcie nasz nisko zawieszony i przyciężki Pysiot na moment traci przyczepność wszystko jest OK.  Na górze kolejna wtopa – już obiektywna – spowodowana jest tym, że na na zaparkowanie przed szlabanem nie ma miejsca, bo te zajęły sterty drewna z wyrębu lasu. Zostawiam przy nim Magdę i nasze plecaki i toczę się w dół. Początkowo okazji do zaparkowania szukam przy jednym z zakrętów ale seria manewrów na granicy wjechania na tył zaparkowanego poniżej samochodu wygania mnie jeszcze niżej.

Powyżej szlabanu nie ma już  niespodzianek – po prostu trzeba iść. Przed zabudowaniami Stalanzer Alm robimy krótką przerwę na drinki i ruszamy dalej. Ścieżka do lasku jest przedreptana i idzie się dobrze. Natomiast przy wejściu do lasku widać, że “dzieje się”, więc wskakujemy w rakiety. No i skręcamy od razu w kierunku “Renkfälle-Eisschlauch”. W lesie dreptanie idzie sprawnie, ale po wyjściu na otwartą przestrzeń okazuje się, że nawet rakiety to za mało dla tutejszego śniegu, bo mając je na nogach miejscami zapadamy się po kolana. Ale to i tak wczasy w porównaniu z tym jak się tu męczyliśmy poprzednio z Andrzejem.

Lekki pech dopada nas pod samym lodospadem, bo tu dosłownie może 1o minut wcześniej dochodzi inny zespół. A że ukształtowanie dolnej części lodospadu pozwala na prowadzenie czegoś równolegle raczej mocnemu mocnym zawodnikom to czekamy aż dół drogi się zwolni. Podobnie jak przed wczoraj pierwsza wspina się Magda, jednak po założeniu trzech przelotów odpuszcza – trudności stanowczo nie są na jej kondycję. Przejmuję prowadzenie szybko przechodzę jej odcinek, dokładam – już w trudnościach – czwarty przelot i po kolejnych kilku metrach już w miejscu gdzie można złapać NHR … zonk. Przedramiona zaczynają mi drętwieć : ( I nie chodzi tu o coś podobnego do efektu zbułowania. One najnormalniej w świecie zaczynają mi drętwieć jak noga trzymana za długo bez dopływu krwi. Szczęśliwie jest ten rest i mogę nimi spokojnie pomachać i trzymać je nisko, więc po naprawdę dłuuuuugiej chwili sytuacja się normuje i znów mogę prowadzić.

Od tego miejsca teren się nieco kładzie, ale nie mając komfortu z rękoma, za to mając kolejny dyskomfort z grabiejącymi palcami rąk (to chyba już dla mnie standard w okolicy -1o°C) asekuruję się gęsto. Po dojściu do abałaka nie jestem sam na stanowisku – wcześniej zbudował je tam sobie zespół który wystartował przed nami. Odczekuję kilka(naście?) minut aż asekurant zacznie się wspinać i dopiero wtedy motam nasz stan. Magda dochodzi szybko i bez problemu, ale prowadzić nie chce : ) Ja będąc cokolwiek wybrany psychicznie po “przygodzie” z drętwieniem rąk i widząc, że początek kolejnego wyciągu to znów ciąg trudności odpuszczam prowadzenie co oznacza, że na dziś przygoda z “Renkfälle-Eisschlauch” się kończy.

Szybkie zjazdy na dół, szybkie pakowanie się i szybko ruszamy w stronę linii klasycznego Renkfälle. Teren nieco na lewo od linii “klasyka” jest ewidentnie łatwiejszy od naszych porannych dokonań i Magda sprawnie prowadzi wybraną linię. Ja nieco wymarznięty na stanowisku odpuszczam styl i pomykam do niej korzystając z kieszonek. Po zjeździe na dół pozostaje się tylko spakować i wracać do samochodu. Tak jak sobie o tym rozmawiamy to, śmiejemy się przy okazji z tego, uciekliśmy z tamtego lodospadu tutaj na główne spiętrzenie Renkfälle bo tu jest łatwiej : ))

Uzupełniamy jeszcze tylko płyny mieszanką herbaty (gorąca) i izotonika (zamarzający) i ruszamy. Przy chatce na Stalanzer Alm robimy jeszcze krótki postój by dopić resztkę herbaty i po raz ostatni rzucić okiem na tę fantastyczną ścianę lodu po czym już bez zbędnego ociągania idziemy w stronę auta. Kręta droga w dół do Ried nie sprawia już Pysiotowi wysiłku, natomiast w samym Ried jadąc na pamięć przejeżdżam skręt na Landeck przez co funduję nam nieco kręcenia się po pustym wieczorem mieście : P Reszta trasy już bez przygód.

PS
Magda – dzięki za wyciągnięcie smartfona, bez tego byłby sam tekst : )

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.