[NO] Femundsmarka 5/5

[25] Deszcz nas nie obudził bo padało zbyt delikatnie, ale jednak padało. Niebo mamy równo zaciągnięte, choć przejaśnienia też jakieś widać. Spędziliśmy w tym miejscu dwa miłe popołudnia, więc pakowanie przebiega dość sprawnie. Pierwsze co się rzuca w oczy po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów to to, że za potokiem są bardzo fajnie wyglądające miejsca biwakowe. Tyle, że jest to dobra opcja jeżeli nie chce się korzystać ze szlaku na Stor-Svuku lub może chce tam iść, ale chce też zaczynać taki dzień od krótkiego pływania. Aura zachęca raczej do równego wiosłowania, więc ciśniemy dość uczciwie.

Femundsmarka

Nieco zwalniamy przy Litleholmen, bo starając się trzymać blisko brzegu trafiamy na kamienne płycizny. Zatrzymując się na kamienistej plaży między strumieniem Sagbekkan a przylądkiem Sagodden czuć bliskość cywilizacji a konkretnie pobliskiej Elgå. Sama plaża jest naprawdę długa i pomieściła by na noc całą flotę kanadyjek.

Sagodde, Femundsmarka

Tyle, że za nami dopiero 5,5km, więc odpoczywamy tu jeszcze kilka minut. W zatokę Elgå wpływamy w tym samym czasie gdy do jej przystani dobija Femund II – czyli stateczek, który raz dzienne obsługuje ruch pieszy w północnej części jeziora. Dla nas oznacza to, że walczymy już nie tylko z wiatrem ale i z falami jakie powstają za przepływającym statkiem. Dosłownie walczymy, bo wiatr jest tak silny, że zdobywanie kolejnych metrów przychodzi z naprawdę dużym wysiłkiem. Do samego portu nie wpływamy i ścinamy tę zatokę lekkim łukiem odprowadzani przez ciekawskie spojrzenia ludzi na nabrzeżu i na pokładzie Femunda. Odcinek między Elgå a przylądkiem Elvodden to przyjemna odmiana po walce z wiatrem w zatoce.

Elgå, Femundsmarka

Tym razem osłania nas od niego całkiem wysoka skarpa i płynie się całkiem sympatycznie. Po jakimś czasie skarpa przechodzi w normalne niskie i żwirowe wybrzeże okupowane przez dość gęstą zabudowę letniskową. Wiatr jest tu umiarkowany i bez problemu przebija się przez niego odgłos piły spalinowej. Pod koniec tego odcinka widzimy w oddali na plaży odwróconą aluminiową kanadyjkę. Widok jakich niby sporo tutaj, tym razem jednak jest coś co go wyróżnia – to mianowicie, że nagły silny podmuch wiatru odwraca ją o 360° jednocześnie przesuwając o dobry metr dalej : ) Niezłe! Przed przylądkiem Tjønnodden zatrzymujemy się na kolejny popas – chcemy zebrać siły przed skokiem za przylądek do kolejnej zatoki.

Tjønnodden, Femundsmarka

Po kilkunastu minutach ruszamy, ze sporym wysiłkiem podpływamy do szczytu przylądka i … po chwili z prędkością typową dla motorówki płyniemy do miejsca gdzie przed kilkunastoma minutami siedzieliśmy na brzegu. Znaczy wiało, tak mocno, że porównałbym to do otwarcia okna w jadącym pociągu i wystawienia głowy. Naprawdę efekt był podobny. Płyniemy nieco dalej i już na wysokości mierzei ponownie opuszczamy kanujkę.

Femundsmarka

Tym razem również z rzeczami, bo zapowiada się że posiedzimy tu nieco czekając aż ucichnie wiatr. Zalegamy pod jednym z drzew osłaniani dodatkowo przed wiatrem przez osłonę z beczek i worków. Nasza łajba jest obok nas między drzewami. Za wcześnie na gotowanie, za wietrznie na jakiekolwiek inne zajęcia. Po prostu leżymy i rozmyślamy. Ja o tym co nam jeszcze Femund pokaże, a Myszka? Pewnie o tym samym.

Femundsmarka

W pewnym momencie jakiś mocniejszy podmuch wiatru przesuwa naszą kanujkę o dwa metry co sprawia, że zrywamy się z ziemi by ją łapać. Przenosimy ją w jeszcze zaciszniejsze miejsce, odwracamy i znów zalegamy. Pojęcia nie mam ile tam tak tkwimy, ale po jakimś czasie wstaję i spacerując zaczynam się przyglądać mierzei i mokradłom z drugiej jej strony. Do głowy przychodzi mi alternatywa do siedzenia tu do wieczora – przenieśmy się przez mierzeję i wystartujmy gdzieś gdzie da się przez mokradła zwodować kanu! Myszka podchodzi do tego sceptycznie, bo z tej strony przecież też wieje, ale ostatecznie daje się namówić.

Femundsmarka

Przenoszeniu rzeczy towarzyszy pojawiający się nagle z nikąd renifer, co biorę za dobry znak – gospodarz przyszedł się pożegnać : ) Na otwartej przestrzeni płycizn wieje znów mocno, więc trzeba uczciwie napierać na wiosła. W którymś momencie gdy mamy wypłynąć już na właściwe jezioro dmucha nagle tak mocno, że w pierwszym odruchu proponuję Myszce, żeby zawrócić. Lekko zdziwiony słyszę, że może to pociągnąć i chce płynąc dalej. No to płyniemy. Wiatr nieco odpuszcza na wysokości wzgórza zwanego Brenthaugen. Korzystamy z tego i wpływamy do jednej z zatoczek. Znajdująca się przed nami zatoka Brenthaugvika ma tak na oko z mapy ze trzysta metrów i myślę sobie: jeżeli teraz daliśmy radę, to nawet przy tak silnym wietrze też przemkniemy spokojnie. Rzeczywistość jest bardziej brutalna, bo trafiamy na wiatr, który odczuwamy jako silniejszy niż w zatoce Elgå. Na szczęście nie przekładało się to na tak duże fale jak cztery dni temu. W każdym razie z trzystu metrów robi się gdzieś siedemset (bo by utrzymać sensowny kąt natarcia na fale trzeba było uciekać od brzegu) a przepłynięcie tego odcinka zabiera nam jakieś dwadzieścia minut naprawdę mocnego wiosłowania. Tak mocnego, że po wpłynięciu do pierwszej spokojniejszej zatoczki Myszka w prostych żołnierskich słowach wypowiada się na temat tego co właśnie zrobiliśmy : ) Jest nadal wietrznie, choć czuć też, że pobliskie góry działają osłabiająco na wiatr i ten przy samym brzegu jeziora będąc wciąż silnym jest jednak już tylko wspomnieniem podmuchów sprzed godziny. Biorąc to wszystko pod uwagę ogólnie płynie się dobrze. Po jakimś czasie korzystamy z okazji i w jednej z małych, ostro wciętych zatoczek robimy przerwę na rozprostowanie kości.

Femundsmarka

A ta przeradza się w gotowanie, popas znaczy : ) W sumie się nie śpieszymy bo o tej porze czas działa na naszą korzyść – wiatr będzie już tylko słabnąć. Samo wybrzeże do przylądka Grannålodden jakoś nie siada w pamięci, może tylko tym, że ciężko było by tu znaleźć fajne (czyli równe) miejsce na nocleg. W dobrym tempie dopływamy do Storbekken, miejsca w którym przy jakichś zabudowaniach zbiegają się ścieżki z kilku kierunków. Dopływając tam widzimy jednocześnie w oddali coś co powinno być plażą, czyli wygodnym miejscem na wyjście na ląd. I faktycznie – plaża jest – już zajęta : )

Femundsmarka, Storbekken

Jest namiot, kajak morski z norweską flagą i spacerujący w pobliżu obozu właściciel. Oczywiście nie zamierzamy mu przeszkadzać i płyniemy dalej licząc, że to nie ostatnie takie miejsce w tym rejonie. Szczęście ponownie uśmiecha się do nas i po jakichś pięciuset metrach mamy i my swoją plażę. Dość kamienistą, ale pozwalającą wypakować naszą drewnianą kanujkę bez kasowania burt o kamienie.

Femundsmarka

Sama plaża jest nieco nachylona ale jakimś kawałkiem deski wyrównuję ją nieco tak by dało się tam leżeć bez zsuwania w nocy w stronę wody. Po dłuższej debacie nad namiotem ostatecznie rozciągamy paraplucha i tym razem dla odmiany w roli przednich podpórek testujemy nasze kijki. Teraz można zacząć szykować się do spania. Przy okazji wypakowywania rzeczy spoglądam na GPS – ten wylicza nam dzisiejsze pływanie na 21km. W sumie nieźle biorąc pod uwagę warunki i przerwy. Niebo jest niezmiennie zaciągnięte, a widoczne na horyzoncie szczyty gór giną w nisko położonej warstwie chmur. Ogniska nie palimy, ograniczamy się tylko do zebrania z okolicy wilgotnego drewna i zabezpieczenia go przed ewentualnym deszczem w nocy. Myśli w namiocie krążą wokół dzisiejszego dnia – Femund pokazał nam zdecydowanie inną twarz, taką bardziej charakterną. W sumie to powinienem się cieszyć z tego, że trafiamy na takie warunki, bo one sprawiają,  że nasze pływanie to wiele nowych doświadczeń. W Polsce raczej o takie trudno. No i właśnie zaliczamy rekord w naszym wyprawowym samowystarczalnym działaniu – to już ósmy dzień jak jesteśmy zdani na siebie i własne zapasy – tak długo jeszcze nigdy niczego w tym stylu nie robiliśmy. A to przecież nie koniec. To też ciekawe doświadczenie, temat do kolejnych przemyśleń i spraw do poukładania. Szczególnie tego jak na dłuższym pływaniu po kilku dniach odbiera się psychicznie to, że wiatr stopuje a “przed” jest jeszcze trochę wiosłowania. Przypomina się też tamta latająca kanadyjka, ciekawe czy nadal tam jest?

[26] Parapluch się przydał, bo tej nocy padało, a końcówka deszczu wypadła przed siódmą. Za rana mamy wizytę trzech reniferów – dwa starsze wyglądają normalnie, ale trzeci – najmniejszy – ma jakoś tak dziwnie parchatą/leniąca się skórę. Teraz o dziesiątej niebo jest oczywiście mocno zaciągnięte ale jakoś tak nie deszczowo. GPS nie chce w tych warunkach się odnaleźć, więc z samym startem zwlekamy nieco by mieć jednak komplety zapis śladu z naszego pływania. Odległość jaka nam została do samochodu nie jest jakoś specjalnie duża i w normalnych warunkach spokojnie dziś wieczorem powinniśmy tam dopłynąć. Tyle że warunki nie są normalne a nasz zapał zostaje bardzo szybko zgaszony. Po przepłynięciu mniej niż kilometra zaczynamy się ostro rozglądać z jakimś miejscem do przybicia do brzegu. Powodem są przelatujące nad “Berami” (czyli Søndre i Norde Bjørnberget) jedna po drugiej nawałnice deszczu i jeżeli mamy z którąś kolejną się spotkać to chcemy by stało się to na lądzie.

Femundsmarka

Jakieś pół godziny wystarcza, by niebo się nieco oczyściło i postanawiamy płynąć dalej. Początkowo plan przepłynięcia zatoki Gråsnesbukta jednym dużym łukiem wydaje się być do zrealizowania.

Femundsmarka, Gråsnesbukta

Powoli ale równomiernie przesuwamy się obok plaży na samym cyplu, jednak już po 3oo-4oo metrach na otwartych wodach zatoki kapitulujemy przed wiatrem i momentami nieprzyjemnie szybko suniemy w stronę północnego wcięcia tej zatoki.

Femundsmarka, Gråsnesbukta

Fale przy – na szczęście piaszczystym – brzegu rzucają kanujką na boki, więc wyjątkowo szybko wypakowujemy rzeczy i wyciągamy ją na brzeg. Początkowo podobnie jak wczoraj osłonięci beczkami zalegamy pod pobliskim drzewem, jednak po jakimś czasie silny wiatr staje się tak nieprzyjemny, że przenosimy się w głąb lasu i na pozostałościach starego ogniska rozpalamy własne. Dziś wszystkie zebrane drewno jest mokre i skrzesanie ognia udaje się nam wyłącznie z pomocą benzyny :\

Femundsmarka, Gråsnesbukta

Pozytywne w naszym położeniu jest wyłącznie to, że koło nas kręcą się renifery, i to nie pojedyncze sztuki ale całe stadka. Bo dla nas to niezmiennie niesamowitą frajdą jest przebywać w ich towarzystwie. Czas upływa więc na spacerach, leżeniu i obserwowaniu reniferów, zbieraniu jagód, gotowaniu oraz lustrowaniu okolicy lornetką. Dzięki niej na przeciwległym końcu zatoki udaje mi się wypatrzeć domek i położoną na prawo od niego plażę – pewnie o nią zahaczymy. Przy okazji nabierania wody do gotowania wpadam jedną nogą do wody, średnio to przyjemne w tych warunkach. Gościnną zatoczkę (i jednocześnie jednak więzienie – choć może nie, bo to był bardziej areszt : ) ) opuszczamy około 17.3o. Wiatr już nieco zelżał nie miej przed odbiciem od brzegu liczymy się z uczciwym wiosłowaniem. I faktycznie do połowy zatoki trzeba się sprężać, ale w drugiej jej części wiatr już nieco odpuszcza i jej najgłębiej wciętą część ścinamy sporym łukiem. W bliska okazuje się, że małe zatoczki na tym końcu kryją w sobie kolejne plaże. Z marszu podpływamy do przylądka Litle Gråsneset, ale porywisty wiatr nie zostawia miejsca na złudzenia – trzeba to przeczekać. Wracamy w okolice ujścia lokalnego potoku i po czujnym manewrowaniu między kamieniami a plażą przybijamy do brzegu.

Femundsmarka, Litle Gråsneset

Tu jesteśmy dobrze osłonięci od wiatru a woda jest bardzo spokojna, co sprawia, że wypakowujemy tylko część rzeczy – tych potrzebnych do ugotowania późnego obiadu. Niebo nad “Berami” jest czyste i jeżeli ktoś by mi jeszcze wczoraj powiedział, że w takich warunkach nie da się wiosłować, to bym mu najzwyczajniej nie uwierzył. Od dziś wiem, już że tak też może być. Kombinujemy sobie, że czekamy tu do 2o.oo i albo wtedy ucichnie na tyle, że nas “puści” albo wrócimy tu by robić się na noc. Humory mamy w każdym razie niewesołe, bo niby liczyliśmy się z tym, że możemy trafić na takie wiatry jak te, ale liczyć się z czymś a doświadczać tego czegoś to jednak dwie różne “bajki”. Z zapasami robi się na styk – jeżeli jutro dopłyniemy do auta, to będzie ok.. Jeżeli nie to końcówkę będziemy robić na głodniaka : )

Femundsmarka, Litle Gråsneset

Przy okazji gotowania korzystam z ciepła ogniska i podsuszam pechowego buta. No i staram się rozgrzać Mysie stópki, bo te są baaaardzo zimne. Z resztą cała Myszka jest zmarznięta. Barometr po długim pobycie na dole skali utrzymał drugi ząbek po odbiciu co dla mnie sugeruje, że dół niżu jaki nas tu przetrzymał miał miejsce wczoraj w nocy i dziś rano. Kolejna noc pokaże czy tak jest faktycznie. Po dwudziestej wiatr w oddali dość gwałtownie cichnie i łapiąc się na tym bierzemy się za szybkie pakowanie. W końcu każdy kwadrans światła przed zmrokiem jest cenny bo pozwala na dłuższe pływanie i poszukiwania kolejnego dobrego do rozbicia namiotu miejsca. Z wiatrem nie jest tak, że ucichł zupełnie, niemniej jego siła nie jest już żadnym problemem w wiosłowaniu. Po wypłynięciu za cypel staramy się tak jak wcześniej płynąć w pobliżu brzegu, tym razem łączy się to z niespokojnym wypatrywaniem jakiejś plaży. Mijane zatoczki nie mają takowych, więc ciśniemy dalej. W końcu w głęboko wciętej zatoce Stenvika zaczyna coś majaczyć i jeżeli teraz przy pisaniu pamięć mnie nie myli to faktycznie są tam nawet dwie. Przy pierwszej przycupnęła chatka, więc to miejsce odpuszczamy kierując się głębiej w stronę majaczącego już o zmierzchu białego pasa na styku lądu i jeziora. Po drodze skręcamy na prawą stronę najbardziej wysuniętej części cypla bo obojgu nam wydaje się, że tam też może być miejsce, które “rokuje” ale po podpłynięciu okazuje się, że to pomyłka. Plaża na końcu zatoki jest szeroka a podpłynięcie do niej nie wymaga tym razem manewrowania między kamieniami. To w świetle czołówki było by mało zabawne.

Femundsmarka

Jest nieco przed 22.oo i akcja na brzegu jest naprawdę szybka: namiot i paraplucha rozkładamy już w świetle czołówki – chyba po raz pierwszy w naszej wodniackiej “karierze”. Szczególnie dużo uwagi poświęcam parapluchowi. W takich warunkach jakie są nocna zlewa jest prawie pewna a i wiatr może zacząć dmuchać. A że nasze miejsce pod namiot wypada w dość otwartej przestrzeni przez co trzeba ten nasz dach naprawdę solidnie zabezpieczyć i ta rola przypada jakiejś znalezionej w pobliżu kłodzie. Jeszcze tylko rzut oka na GPS, ten wycenia nasze dzisiejsze pływanie na rewelacyjne 11km. Usypiamy z niewesołymi myślami i budzikiem ustawionym na 5.2o.

[27] Przyznaję, że nie sadziłem, że może być gorzej niż wczoraj. A jest. Po wyłączeniu budzika wyglądam na zewnątrz i widzę, że światło poranka ma problemy z przebiciem się przez gruba warstwę chmur i siąpiącego deszczu. No to poranne wiosłowanie można sobie odpuścić. Budzika nawet nie ustawiam ponownie na jakąś kolejną godzinę, pływać w deszczu nie zamierzamy a pakowanie nie będzie długie jeżeli trzeba będzie się sprężyć. Ponownie budzę się o 7.oo a raczej budzi mnie łopocący na wietrze parapluch. Masakra, a do samochodu mamy tylko 15-17km.

Femundsmarka, Stenvika

Poranne namiotowe rozmowy koncentrują się wokół prania jakie zamierzamy zrobić po dopłynięciu do samochodu. W pewnym momencie dyktafon przejmuje Myszka mówiąc: “Misiek nie mówi całej prawdy, nie mamy już jedzenia, zepsuła się nam jedyna kuchenka i jesteśmy na takim wypizdowiu, że nie ma drogi i umrzemy tutaj”. : D : D : D Z tej litanii prawda jest taka, że do najbliższej drogi faktycznie jest jeszcze trochę i że wczoraj w kuchence benzynowej ułamałem element łączący rurkę od butelki z pompką. Znaczy do końca wyjazdu mamy w zapasie około litra benzyny ale nie mamy kuchenki benzynowej : ( Na szczęście jest palnik na gaz no i są ogniska. … Cały czas pada a barometr po lekkiej górce spadł do poziomu jeszcze niższego niż wczoraj. Masakra jakaś. …

Femundsmarka, Stenvika

W którymś momencie gdy przestaje padać spoglądam na barometr. Widząc, że ten wyrównał ostatni ruch w dół pomyślałem sobie, że może to jest nasza szansa? Myszka jest podobnego zdania i po 15-2o minutach pakowania siedzieliśmy w kanu. W samej zatoce jezioro jest spokojne, wiać zaczyna gdy przepływamy przez cieśninę między cyplem a pobliską wyspą i wpływamy do zatoki Froskvika. Ścinamy ją dość mocno rozglądając się w czasie wiosłowania po lewym brzegu i myśląc, że dobrze się stało z naszym wczorajszym noclegiem. W całej zatoce nie dostrzegamy nawet metra piaszczystego brzegu co w przypadku podjęcia ryzyka by płynąć dalej i poszukiwania w niej miejsca do spania skończyło by się mocno wymagającym biwakiem. Bez przystanku dopływamy do zatoki, która sąsiaduje z jeziorkiem i z której wg mapy prowadzi już jakaś droga na południe. Z resztą sądząc po mijanych domkach, których jest tu sporo i bez mapy można się domyślić, że jakaś droga na pewno tu jest.

Femundsmarka

Dajemy się kilkanaście minut pokołysać w kanujce u nasady cypla po czym powoli podpływamy do jego końca korzystając z osłony od wiatru. Przeskoczenie do kolejnej zatoki to ponownie kilkanaście minut bardzo intensywnego wiosłowania pod wiatr. Na nasze szczęście pogoda dopisuje o tyle, że nie pada a sam wiatr nie tworzy dużych fal. Na środku zatoki intensywność wiosłowania nieco spada by przejść w leniwe pociągnięcia u nasady półwyspu Svartodden. Tu ponownie robimy małą przerwę – tym razem korzystamy z małej plaży i wychodzimy na brzeg by się rozprostować. Przed nami największa z dzisiejszych zatok. Patrząc na mapę i dużą ilość mniejszych zatoczek z których się ona składa wymyślamy sobie, że będziemy płynąć tak aby odpoczywać w niektórych z nich od wiatru. Wiosłowanie toczy się jednak inaczej i ostatecznie ścinamy ją dość wąskim łukiem. Mniej więcej w jej środku położony jest port i z jego nabrzeża kilka osób ciekawie przygląda się nam i temu jak nam idzie walka z wiatrem. Pewnie dawno nie widzieli wariatów pływających w takich warunkach. A nasze wiosłowanie przez niezmiennie silny wiatr i spore fale jest dość wolne. W równym jednak tempie pokonujemy kolejne metry posuwając się w stronę półwyspu Sorkodden i tam ponownie zwalniamy by nieco odsapnąć.

Femundsmarka

Która to już taka przerwa? Trzecia? Czwarta? Tak – bodaj czwarta. Zatokę Sorkvika również ścinamy i do brzegu zbliżamy się dopiero za niewielką wyspą na południe od niej. Od tej pory wiosłowanie wypada w towarzystwie drogi a to nas tylko nakręca by równo wiosłować z krótszymi przerwami. No i już lada chwila powinno być widać koniec Femunda. Przed półwyspem Skinnarodden wypada ostatni – piąty – przystanek. Żeby chciało nam się wiosłować tak jak się nam już nie chce : ) Zdecydowanie mamy dość pływania w tych warunkach. Sama zatoczka przy ładniejszej pogodzie z pewnością jest miejscem okupowanym przez kampery, więc porównujemy je do tego na którym zostawiliśmy samochód. Porównanie zgodnie wypada na korzyść “naszego”. Tuż przed 14.oo ruszamy do przepłynięcia ostatniego odcinka – do samochodu mamy stąd jakieś 3-4km i to już naprawdę blisko. Nawet jak byśmy mieli kończyć w ulewnym deszczu. … Mysia dopada dyktafon: “Trzy dni później. Jesteśmy nadal w tym samym miejscu gdzie ostatnio się nagrywałam. Skończyły się zapasy. Nie możemy na siebie patrzeć. Zastanawiamy się kto pierwszy zostanie zjedzony. Boję się spać. Boję się wychodzić. Wszędzie wieje, pada. Jest strasznie. Być może jest to mój ostatni wpis.” Tak naprawdę Myszka robi sobie jaja, bo dopłynęliśmy! W pierwszej chwili nie poznaliśmy zatoki z której wypłynęliśmy, pomógł dopiero widok wyciągniętej na brzeg czerwonej łódki ratownika.

Femundsmarka, Dalsvika

Femundsmarka, Dalsvika

Samochód stał nie ruszony a ciekawostką było to, że za wycieraczką znalazłem kartkę zostawioną przez nie dość, że rodaków to na dodatek z sąsiedniej gminy. Pali się ognisko, mamy już poprzenoszone i przepakowane rzeczy. Za chwilę zabierzemy się za pichcenie i do wieczora już tylko odpoczynek i podjadanie zapasów. … Z wieczornej perspektywy mogę napisać, że wpasowaliśmy się idealnie w przerwę między opadami deszczu. Wypłynęliśmy rano gdzieś 2o minut po tym jak ustał a do naszego dzikiego kampingu dotarliśmy ze dwadzieścia minut przed tym jak deszcz zaczął padać ponownie. Akurat miałem czas by rozpiąć paraplucha i przynieść trochę drewna. Z parapluchem było tym razem nieco kombinowania bo miał nie tylko chronić od deszczu ale i nie przeszkadzać w krzątaniu się przy namiocie. Ale się w końcu udało i jest fajnie. Refleksja jest taka, że ten obecny trzeba wzmocnić na rogach taśmą rurową, a oprócz tego rozejrzeć się za całkiem nowym – dużo mocniejszym. No i cały czas powoli dociera do nas, że to już koniec przygody z Femundem i że jutro już nigdzie nie płyniemy : )

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *