[NO] Femundsmarka 4/5

[22] Chciało by się napisać – tak jak każdego poranka od czterech dni, że znów się nam upiekło. Dziś do końca jednak tak nie jest. Padać to nie padało, ale w nocy budziła nas łopoczący na wietrze namiot i już samo to było zastanawiające. To, że do rana wiatr nie cichnie ale przeciwnie – wzmaga się, oznacza nadchodzące problemy. Wczorajszy spacer postanawiamy uczciwie odespać i odpocząć nawet w czasie przygotowywania śniadania, pakowania naszych rzeczy i pieczenia w międzyczasie ciapatów. Efekt jest taki, że od wyspy odbijamy o 11.3o. Kilkaset metrów dalej – po wypłynięciu z naszej zatoczki na szersze wody tej części jeziora wiemy już: to będzie ciężki dzień. Gdybym napisał, że wiało, to bym obraził ten wiatr. Z kolei gdybym napisał, że to był sztorm to bym z kolei przesadził. Dmuchało w każdym razie mocno, bardzo mocno, na tyle mocno, że nasza stała taktyka przy pływaniu pod wiatr – czyli mysie skoki od zatoczki do zatoczki po pewnym czasie po prostu przestała się sprawdzać, bo nie starczało sił by ją skutecznie realizować.

Femundsmarka

Odbijając od wyspy mogliśmy obserwować, jak z przeciwległego brzegu wyrusza armada kanadyjek – to pewnie ich ognisko widzieliśmy wczoraj. Gdy po jakimś czasie dopływamy do nich okazuje się, że załogi są bardzo mieszane – najczęściej ktoś dorosły z dzieckiem, czasem dwójką. Pierwszy postój robimy już krótko po zbliżeniu się do przeciwnego brzegu. Kolejny wypada po drugiej stronie w zatoczce przy jakiejś przystani. Trzecia przerwa to inna przystań w cieśninie między cyplem rozdzielającym ten koniec jeziora a Bucholmen – jedną z sąsiadujących z nim wysp. Gdy tam właśnie dopływamy do armady kanadyjek ci właśnie zaczynają się zbierać w dalsza drogę. Widać, że początkowo walczą dzielnie starając się płynąć na południe ale po kilkuset metrach podają się i wypływają głęboko w stronę równoległej na tym końcu jeziora zatoki. Nas nasz najbliższy skok miał wyprowadzić na zawietrzną stronę kolejnej wyspy (Badstucholmen), ale wielkość fal na jakie po drodze trafiamy sprawia, że porzucamy ten pomysł i po czujnym zwrocie chowamy się w pobliskiej zatoczce.

Femundsmarka

Jak na złość po raz kolejny na Femundzie bardzo lekkim popołudniem trafia się nam genialne miejsce na nocleg. Na to jednak nie możemy sobie pozwolić, bo jeżeli ten wiatr będzie się utrzymywać przez kolejne dni to te 6okm jakie mamy do samochodu trzeba będzie pływać wieczorami i porankami. Tym bardziej, że rzut oka na naszą trasę na GPSie uzmysławia, że dziś przepłynęliśmy tylko 5,5km :\ Z żalem wypakowujemy tylko to, czego potrzebujemy by sobie tu pichcić. Kolejnych pięć godzin schodzi na zbieraniu drewna, gotowaniu (makaron z pysznym sosem), czytaniu, leżeniu (lub spaniu – ja ponoć chrapałem nawet : ) ), oglądaniu przez lornetkę okolicy i spacerowaniu.

Femundsmarka

I oczywiście rozmyślaniu o tym jaka będzie pogoda przez najbliższe dni. Przed 18.oo stwierdzamy, że wiatr nieco odpuszcza i bierzemy się za wiosłowanie. Taktyka jest prosta: celujemy w najbliższą wyspę (Jabben) by w jej cieniu dać ramionom odpocząć przez kilka minut. Tym razem udaje się bez problemu, a fale mają już znośną wysokość.

Femundsmarka, Jabben

Po krótkim odpoczynku bierzemy na cel kolejną widoczną w oddali wyspę – na tym odcinku wiatr jest już ewidentnie słabszy – czuć bliskość osłony jaką daje pobliski brzeg. Od tej wysepki poruszamy się już wzdłuż jego linii. Powoli się ściemnia, ale jak na złość nie widać żadnego dogodnego miejsca na to by wyjść z wody. Takie pojawia się dopiero w zatoce Granbekken i ma postać plaży – długiej i kamienistej.

Femundsmarka, Granbekken

Zastajemy ślady po kilku palonych tu ogniskach i wypakowujemy kanu przy jednym z nich. Miejsca na namiot jest na szczęście dużo, bo powyżej plaży ciągnie się długi, wąski i dość równy pas żwiru. Fatalne jest natomiast to, że komarów jest tu bez liku – po raz pierwszy na wyjeździe nie pomaga rozpalenie ogniska – zakładamy siatki na głowy i dopiero wtedy możemy spokojnie kontynuować przygotowania do nocy. Rozkładaniu namiotu i rozpalaniu ogniska towarzyszy szum w oddali. Ewidentnie jakiś potok o dużym spadku. Ja jeszcze korzystam z ładnego wieczornego nieba i robię sobie spacer z aparatem na północny koniec plaży – tam gdzie do Femunda wpada ten potok.

Femundsmarka

Femundsmarka

Z fotografowania rezygnuję jednak bardzo szybko, bo z chmurą komarów nad głową jest to mało przyjemne : ) Przed zanurzeniem się w śpiwory pieczemy jeszcze nad ogniskiem po kiełbasce.

[23] Dziś budzi mnie przebijające przez ściany namiotu słońce. Rzut oka na zegarek: 7.15. OK.. Po chwili dociera też coś jeszcze: cisza. Myszka obok smacznie śpi, więc po cichu biorę do ręki aparat i wychodzę z namiotu. Pierwszy rzut oka na jezioro to szok, bo jego powierzchni przy naszym brzegu nie mąci najmniejsza fałdka.

Granbekken, Femundsmarka, Flenskampan

Kontrast do wczorajszego dnia ogromny, “lustro” prawie zupełne. I ponownie błękitne bezchmurne niebo. I znów się nam upiekło : ) Mokradła za namiotem okazują się być bardzo zarośniętym jeziorkiem. Poranny spacer kontynuuję w stronę ujścia strumienia po czym ruszam tam gdzie woda najgłośniej hałasuje.

2015-08-23-193-Femundsmarka

Wieczorne przeczucie potwierdziło się bo całkiem szybki strumień rozbija się po kamieniach i to właśnie jest ten dogłos słyszany z plaży. Przy pierwszej okazji przeskakuję na drugi brzeg i okrążam jeziorko celując w namiot. Po drodze trafiam na … wygódkę, taka normalną – drewnianą : ) Od niej do namiotu jest jeszcze ze sto metrów. Myszka już nie śpi, a ja biorę się za rozpalanie ogniska. Dzień zapowiada się gorący i spokojny, a ponieważ w planach na dziś mamy tylko dopłynięcie do zatoki Revlingodden i pozostanie tam na dwie noce, to będzie również leniwy.

2015-08-23-195-Femundsmarka

Przez te komary przy śniadaniu Myszkę w pewnym momencie dopada głupawka, bo zaczyna nucić piosenkę “Komara Komarowskiego” pod tytułem “Już nigdy cię nie ugryzę”. Tekst idzie jakoś tak: “bzzzzz, bzzzzzzzzz, bzz, bzzzzzzzz zzzz, bzz zzzzz zzzzz bzzzzz, zzzzz” : ) Ale przyznam, że brakuje mi wyobraźni by zobaczyć w niej komary siedzące przy ognisku, trzymające się za łapki i nucące tę piosenkę. W końcu ruszamy, gdy oddalamy się od naszego biwaku strumyk cichnie ale narasta podobny odgłos przed nami. Po pięciuset metrach dopływamy do ujścia Røa do Femunda – czyli to szumi gdzieś przy ujściu tej rzeki. Myszka nie daje się namówić by tam wpłynąć, ale podpływamy do pobliskiej przystani i cumujemy przy niej bo chcemy odwiedzić pobliską chatkę.

Femundsmarka

Tak zgodnie z opisem, który gdzieś znalazłem przed wyjazdem faktycznie okazuje się być bezobsługowym zamkniętym tylko na skobel schronem, z pryczami, kozą, stołem i pamiątkową księgą wpisów. Mimo lekkiego zaduchu klimaty są ogólnie fajne i przypominają mi te ze starego taboru KW Wrocław na “Polanie pod Krzywą” w Sokolikach. Oczywiście dopisujemy się do księgi a przy okazji wertujemy ją by się dowiedzieć od kiedy zaczyna się tu jakiś ruch. Wychodzi, że poza jedną wizyta w kwietniu więcej turystów jest bodaj od czerwca. W zimie generalnie pustki, choć jeżeli mnie pamięć nie myli to sporadyczne spisy w poprzednich latach też były. W końcu ruszamy dalej a nad brzegiem jeziora bez jakichś punktów charakterystycznych zaczyna dominować Røvola – góra nie jest wysoka ale z racji bliskości zasłania sobą wszystko. Za cyplem Røvolbekoden ma miejsce szczególne wydarzenie – po raz pierwszy w trakcie pływania udaje się nam wypatrzeć renifera.

Femundsmarka

Skubany podobnie jak poprzednio nic sobie nie robi z naszej obecności, więc by mu się poprzyglądać dokładniej podpływamy do samego brzegu. Z tym wydarzeniem to nie przesadzam, to poza sporadycznymi ptakami gdzieś w oddali pierwszy zwierzak jakiego tu widzimy. Gdzieś w tym rejonie w pewnym momencie na prawej burcie dostrzegamy mały biały statek, więc płynąc obserwujemy sąsiada. Ten – gdy jesteśmy już dwa kilometry dalej w zatoce Storvika – ginie nam z oczu dopływając do przystani, której z naszej pozycji jeszcze nie widać. Z mapy wiemy jednak, że w jej pobliżu jest położone schronisko “Haugen Gård” i też celujemy w to miejsce. Na razie jednak sam leniwie macham wiosłem – Myszka relaksuje się na dziobie.

Femundsmarka

Kolejną plażę (po naszej biwakowej) mijamy dopiero w południowej części zatoki Storvika. Kilkanaście minut później widzimy już przystań z której zaczyna się szlak do schroniska. Dopływamy, cumujemy i idziemy. Od razu rzuca się w oczy tabliczka informująca o tym, że biwakować można ale standardowe skandynawskie 15om od przystani. Do zabudowań jest może 4oo metrów, ale tam już nie wchodzimy, wystarcza nam widok zagrody i budynków. Za półwyspem Kuneset mijamy pierwszą od rana chatkę, kolejna już bardziej wyglądająca na stodółkę trafia się w zatoce Sanden. Z wody widać też kilka śladów po ogniskach, więc zakładam sobie, że w razie niepogody można by tu przybić na noc i nie naruszyć przy tym lokalnych dobrych obyczajów. Na wysokości wysp Revlingsholmen trafia się nam prawdziwa uczta dla oczu.

Femundsmarka, Revlingsholmen

Dzień jest niezmiennie upalny a woda spokojna i to w połączeniu z widocznym w oddali wyspami oraz majaczącymi na horyzoncie górami tworzy bajkowy widok. Walczę tam dłuższą chwilę z aparatem starając się jakoś ciekawie złapać ten widok. Nieco później przestaje być bajkowo, bo Myszka zaczyna się trząść z zimna! Pierwsza myśl – przykryj się czymś bo to prawdopodobnie początek lekkiego udaru słonecznego : ( Na szczęście przystań, przy której mamy zamiar się zatrzymać jest już blisko i odpoczynek w cieniu przywraca ją do dobrej formy. Brak też jakiejś informacji o zakazie biwakowania – co cieszy bo nie krzyżuje planów. Wygląda też na to, że mamy dziś prawdziwy “Renifer day”, bo tych zwierzaków zaczyna się koło nas kręcić naprawdę dużo. Są ciekawskie, ale nie na tyle by zbliżyć się na mniej niż 2om. My też jesteśmy ciekawi tych futrzaków więc staramy się nie ruszać gwałtownie, by ich nie płoszyć.

Revlingen, Femundsmarka

Do wieczora schodzi na zbieraniu drewna, gotowaniu i pieczeniu ciapatów, kręceniu po okolicy przystani i słodkim leniuchowaniu. I podglądaniu pasących się obok reniferów. Upalny dzień sprawia też, że przełamuję się i wskakuję do tej lodowatej wody by przepłynąć kilka metrów. Szkoda, że nie jestem w pływaniu w takiej wodzie zaprawiony, bo bardzo szybko kończę to chlapanie : ) Wczorajsze czarne myśli w tematach pogodowych jakby odchodzą w dal.

[24] Dzisiejszą pobudkę organizują nam pasące się koło namiotu renifery ale na szczęście nie jest to jakaś barbarzyńska godzina. No i do tego ptaszki jakieś ćwierkają. Myślałem wcześniej, że się czegoś podobnego nie doczekam, ale jednak. Miło, choć w sumie to w końcu coś normalnego powinno być. Pierwsza myśl po wystawieniu głowy z namiotu to: i znów się nam upiekło (wiem, staję się nudny), niebo jest ponowie błękitne a chmur mniej niż więcej i zapowiada się kolejny gorący dzień. Dziś nie ma pakowania, to i wymarsz udaje się nam całkiem wczesny bo około 9.oo. Nasz cel to górująca nad wschodnim brzegiem Femunda Stor-Svuku. Jej masyw nie jest tak rozległy jak Flemskampan a i podejście będzie zdecydowanie krótsze. Początek szlaku pokrywa się z szutrową drogą początkowo obok potoku Revlinga by od zabudowań schroniska Svukuriset nabrać samodzielności i stać się już typową skandynawską ścieżką. Na i przy drodze do schroniska kilkukrotnie napotykamy pojedyncze renifery, a przed nim samym kilku turystów idących w przeciwnym kierunku. Od schroniska, które obchodzimy poza ogrodzeniem ścieżka początkowo wiedzie przez nieco podmokłe wrzosowiska, by mniej więcej w połowie podejścia przejść już w twardy i kamienisty grunt.

Femundsmarka, Stor-Svuku

Stor-Svuku, Femundsmarka

Szlak nie wyprowadza bezpośrednio na szczyt, ale prowadzi po wschodniej grani. Przyznam, że dużą ciekawością czekałem na widok jaki spodziewałem się tam zastać na teren między Rogen a Femundem i się nie rozczarowałem. Dopiero gdy widzę to wszystko na własne oczy, dopiera do mnie, że 16km pływania i przenosek na tym trawersie to naprawdę duże wyzwanie i że dobrze się stało, że wyjazd zaplanowałem inaczej. I tylko utwierdzam się w przekonaniu, że będę chciał tu wrócić.

Femundsmarka, Stor-Svuku

W przypadku Stor-Svuku również trudno mówić o jakiejś ewidentnej kumulacji szczytu, więc nasze kręcenie się po tym kamienistym i bardzo wietrznym płaskowyżu zaczynamy od części północnej i zrobienia serii zdjęć na trawers Rogen-Femund, z których po powrocie będę chciał zrobić panoramę. Swoją droga podejście zajmuje nam trzy godziny. Pogoda niby dopisuje, ale przejrzystość powietrza jest jakaś taka marna i już fotografując wiem, że tak pożądanej przy panoramach “żylety” z tych kadrów nie wyciągnę. Gdy już mam obfotografowane to co chcę to przenosimy się na południowy koniec. Tam robię serię zdjęć już z Femundem w roli głównej.

Femundsmarka, Femund

W zejściu możemy obserwować pojawienie się pierwszych pierzastych obłoków. Biorąc pod uwagę silny wiatr może z tego w końcu wyjść dłuższe załamanie pogody. No się zobaczy, Femund i tak zrobił nam ogromną niespodziankę pogodą na jaką na tym wyjeździe trafiliśmy.

Femund, Femundsmarka

W drodze powrotnej nie omijamy już zabudowań schroniska, ale przechodzimy między nimi. Zaskoczenia jakiegoś specjalnego nie ma, no może jedno – przy schronisku jest wypożyczalnia rowerów górskich. Po powrocie do namiotu zaczynamy od pichcenia – dziś na obiad Myszka przygotowuje pyszny gulasz, który zakrapiamy resztką wina. Tu znów podglądają nas renifery. Popołudniową ciszę przerywa w pewnym momencie ogromny huk, to trzy norweskie myśliwce przelatują nad taflą jeziora i znikają za szczytem Flemskampana. Wieczór przynosi wyjątkowo krwisty zachód słońca i fotografując te fantastyczne kolorystycznie formacje chmur przypomina mi się to co nas spotkało w czasie pierwszego skandynawskiego wyjazdu pod koniec pływania na Svartalven.

Femundsmarka

Femundsmarka,

Tam też po podobnie krwistym zachodzie słońca kolejne dwa dni uczciwie padało. Usypiając nastawiam się na to, że rano może nas obudzić deszcz uderzający o małego paraplucha jakim przykryłem namiot.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *