[NO] Femundsmarka 3/5

[20] Ponownie się nam upiekło – w sensie nocy i deszczu oczywiście. Co cieszy tym bardziej, że nie rozpinaliśmy paraplucha nad namiotem. Startujemy przed 1o.oo, wodowanie jest nieco męczące bo woda mocno faluje i start z kamieni nie należy do komfortowych. Do tego stopnia, że by chronić poszycie kładę pod kanu dwie gałęzie i dopiero wtedy pakujemy rzeczy do środka. Przez pierwsze kilometry poza nieco męczącym wiatrem nic się nie dzieje, natomiast zatoka Bergvika prezentuje się z oddali na tyle zachęcająco, że wpływamy do niej na małe fotografowanie.

Femundsmarka, Bergvika

Przy okazji odkrywamy całkiem fajne widoki na położoną po przeciwnej stronie jeziora górę, którą mamy w planach odwiedzić za kilka dni – czyli Stor-Svuku (1416m.). Kręcimy się tam w kanu przez kilkanaście minut i w końcu ruszamy dalej.

Femundsmarka, Bergvika

Zabudowania Jonasvollen pojawiają się jakoś tak nagle, co jest o tyle zaskakujące, że przecież mamy mapę : ) Omijamy je jednak lekkim łukiem i wiosłujemy na północ. Na pierwszą tego dnia plażę trafiamy dopiero w drugiej bodaj zatoczce za cyplem Munkfoten. Plaża ładna ale dopłynięcie do niej po raz kolejny przypomina poruszanie się po polu minowym – tyle tam przy brzegu kamieni.

Femundsmarka, Stor-Svuku

Od zatoki Roligholet robi się coraz ciekawszy widok na nasz jutrzejszy cel trekkingowy czyli rozległy masyw Flenskampan kumulujący na 1292m. Widać też już zabudowania Femundshytta. Tym razem podpływamy na chwilę do przystani by złapać oddech po wiosłowaniu pod lekki wiatr. Przy okazji możemy pomachać wpatrujących się w nas z ławki przed pomostem tubylcom. Na odcinku kolejnych kilku kilometrów można stracić orientację nawet z mapą w ręce – po prostu linia brzegowa jest tak jednostajna, że ciężko wypatrzyć na niej jakieś punkty charakterystyczne. Na dwóch mini-cypelkach dostrzegamy ślady po ogniskach, ale gdybym miał te punkty zaznaczyć na mapie to miałbym z tym duży problem. Te pojawiają się bodaj dopiero wraz z zatoką Storlauvrøstvika – ciekawie wciętą, z wpadającym do niej potokiem, piaszczystym brzegiem i równym terenem za nim. Za zatoką ponownie przez kilka kilometrów nic się nie dzieje a ciekawiej – na wodzie – zaczyna być dopiero od momentu gdy zrównujemy się z cyplem rozdzielającym północne końce Femunda. To “ciekawiej” sprowadza się do przepłynięcia przez prawie że archipelag wielkich kamieni wystających z wody lub czających się pod jej powierzchnią. Na prawym brzegu widać też coraz więcej domków a od czasu do czasu przepływa motorówka. Ewidentnie kończy się dzicz, a zaczyna cywilizacja. W pewnym momencie nasza odnoga zwęża się co jest niechybnym znakiem, że jezioro się kończy. Za mijanym po lewej cyplem wyłaniają się wyspy, więc od razu bierzemy kierunek na nie. W końcu opuściliśmy już teren parku i tutaj możemy już szukać na nich noclegu. Jedna z nich wygląda pod tym kątem zachęcająco, ale dokładne rozpoznanie odkładamy na drogę powrotną. Na razie przed nami jeszcze jakiś kilometr pływania.

Femundsmarka

Końcówka jeziora to piaszczyste płycizny, które poznajemy dość dokładnie łudząc się, że w głąb lądu – czyli bliżej jutrzejszego szlaku – wpuści nas strumień, który wpada tu do Femunda. Tyle, że wpuścić nie chce. No trudno wracając zawijamy do portu – w końcu trzeba sprawdzić początek podejścia na jutrzejszy na trek. Myszka zostaje na przystani a ja ruszam drogą w kierunku Langen. Szybko docieram do początku pierwszego szlaku i korzystając z tego, że jest na nim mapka okolicy robię jej zdjęcie. Przyda się na jutro. Wracam do szutru i idę jeszcze kilka minut ale ostateczne odpuszczam dalsze rozpoznanie – zrobimy to jutro z marszu. Oboje czujemy w plecach dzisiejszy dzień, więc ostatnia prosta ciągnie się dłużej niż byśmy chcieli. Podpływamy do pierwszej z wysp, ale ta oferuje marne warunki noclegowe, więc płyniemy do kolejnej – tej największej w tej zatoce. Tutaj jest już lepiej, choć nadal bez “fajerwerów”. Da się rozłożyć namiot tak by 2 osoby miały równo pod plecami a w pobliżu jest palenisko obudowane kamieniami. Podobnie jak wczoraj Myszka zabiera się za namiot a ja za przebudowę osłony ognia tak by pewnie położyć na niej ruszt. Komary tną umiarkowanie, ale jesteśmy zbyt zmęczeni by z tego skorzystać i tuż po późnej kolacji oboje nurkujemy w namiotach : )

[21] Pociągnęliśmy wczoraj całkiem spory dystans i dziś organizm domaga się swego – czyli spania. Folgujemy sobie do 8.oo po czym już nieco żywiej zaczynamy się krzątać przy śniadaniu. Dziś ciapaty jakoś nie chcą się szubko piec i marudzę przez to cokolwiek. Wypływamy około 1o.oo z postanowieniem, że marsz układamy tak, że do 15.3o idziemy a po tej godzinie nawet jeżeli nie dojdziemy to wracamy do kanu tak by przed zmrokiem wrócić na naszą wyspę. W pół do jedenastej dopływamy do przystani, a raczej do miejsca gdzie zaczyna się beton, wyciągamy kanu na brzeg, odwracamy i chowamy pod spód niepotrzebne rzeczy. Do punktu w którym zaczyna się szlak docieramy po kolejnej półgodzinie. Samą ścieżkę zauważa Myszka, a że ta startuje nieco dziwnie to przechodzimy do niej przez barierkę oddzielająca drogę od skarpy. Początek dreptania – w dość szybkim tempie jakie narzuciła Myszka – wiedzie szerokim szlakiem przez piniowy las, po jakimś czasie ścieżka zwęża się do jednoosobowej i miejscami zaczyna się robić grząsko. Po mniej niż godzinie marszu i minięciu dwóch klimatycznie położonych jeziorek docieramy do jakiejś pokrytej darnią chatki. Oczywiście ciekawość pcha do środka ale chatka przed ciekawskimi broni się drzwiami do których trzeba mieć klamkę : ) Jej poszukiwania odpuszczamy sobie i ruszamy dalej. Las, który z piniowego zmienił się w międzyczasie na brzozowy po jakichś 2oo metrach kończy się. Przed nami wypłaszczenie pokryte kamieniami i wrzosem.

Femundsmarka

I jak się okazuje wietrzne. Teren jest bardzo jest monotonny, brak na nim jakichś punktów charakterystycznych i pierwsza myśl jest taka, że nie chciał bym tędy iść w czasie mgły. Szlak jest niby kopczykowany, a na kamieniach są czerwone znaki ale i tak co jakiś czas łapiemy się na tym, że opuściliśmy naprawdę już niewyraźną tu ścieżkę. Kilka chwil rozglądania się po okolicy i już wiemy jak wrócić na szlak.

Femundsmarka

Taki teren ciągnie się przez jakieś 4-5km a tempo naszego marszu już zdecydowanie spada. Gdzieś na tamtym pustkowiu w czasie jakiegoś przystanku wpada nam w ucho jakiś odgłos po prawej, po chwili dostrzegamy osoby – to dwóch tubylców z plecakami. Czekamy aż dojdą do szlaku i tym samym do nas, a gdy już dochodzą zaczynają rozmowę po … norwesku : ) Zawsze wydawało mi się, że choćby po tym jak się ubieramy widać, że jesteśmy nie stąd – no cóż, niespodzianka. Oczywiście przechodzimy na angielski i jak to na szlaku rozmawiamy o tym skąd jesteśmy, skąd i dokąd idziemy itp. Okazuje się na przykład, że chatka obok której przechodziliśmy nie jest jedyną w tamtej okolicy i oni idą właśnie do tej innej. W końcu ruszamy – każdy w swoją stronę. Trudno wyznaczyć jakiś charakterystyczny punkt, który mógłby być nasadą Flemskampana, ale umówmy się, że u jego nasady świadomie porzucamy szlak prowadzący na przełęcz między głównym i zachodnim wierzchołkiem i ruszamy w kierunku głównego wzniesienia. Zygzakując trawiasto kamienistym terenem z niepokojem spoglądam na zegarek – 15.3o już minęła a szczyt jak półgodziny temu był na wyciągnięcie ręki tak jest i teraz – nadal na wyciągnięcie ręki.

Femundsmarka

O 16.oo odpuszczamy marsz w górę i zaczynamy zejście trawersem w stronę zachodniego wierzchołka. Idąc pod górę kołatało mi w głowie by ściąć zbocze i pójść bezpośrednio w stronę jeziora tak by dotrzeć do innego szlaku prowadzącego wzdłuż wybrzeża od Femundshytta do portu ale ostatecznie porzucam ten pomysł. Możliwość wpakowania się w jakieś mokradła i w efekcie wycof w stronę naszego szlaku podejściowego nie jest perspektywą, która się nam obojgu podoba. Droga powrotna ścinająca łuk jakim szliśmy pod górę też okazała nie się być do końca dobrym pomysłem. Z jednej strony skróciliśmy sobie zejście, z drugiej kilka razy wpakowaliśmy się w bardzo niestabilne kamienne zbocze. Obyło się na strachu. Szlak odnajdujemy już na wypłaszczeniu a po nim samym idzie się już duuuużo wolniej. Najgorszy jest jednak odcinek poniżej chatki, który wiedzie na przemian przez las skarłowaciałych brzózek i mokradła.

Femundsmarka

Ten ciągnie się już niemiłosiernie i dopiero gdy dookoła zaczynają dominować pinie wiemy już, że do drogi zostało jakieś 3o minut. Gdzieś na tych mokradłach spotykamy kolejną żywą duszę, tym razem to turystka, która trochę od szlaku zbiera z krzaków jakieś czerwone owoce. No tłoczno jest : ) Na drodze jest nawet spory ruch, a za przystanią czeka sobie na nas kanujka. W takim stanie w jakim ją zastaliśmy. Fajna ta Norwegia ; ) Do wyspy dopływamy gdy zaczyna zmierzchać, więc z kolacją staramy się uwinąć najszybciej jak się da. Zauważamy jeszcze, że na przeciwległym brzegu pojawia się światełko jakiegoś ogniska. Hmmm : ) O ile wczorajszy wieczór był bardzo przyjemny (pomijając komary) to dziś wieje tak mocno, że nie chce się siedzieć przy ognisku. Dmucha tak bardzo, że naszą bardzo późną kolację kończymy w namiocie. Z GPSa wychodzi, że dziś przeszliśmy 32km zmierzone satelitą i ze 3-4 których nie ma bo wciskając pauzę w nagrywaniu na jakimś postoju dopiero na kolejnym zorientowałem się, że telefon nie rejestruje śladu.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *