[NO] Femundsmarka 2/5

[17] Na parkingu przy Limedforsen zatrzymujemy się na chwilę, by przyjrzeć się ponownie przenoszonemu na poprzednim wyjeździe bystrzu. Tym razem nie wygląda ono już groźnie. Znaczy jest poważne, ale przez tych kilka lat jednak trochę przepłynęliśmy więc jest jak najbardziej w naszym zasięgu. Może zamoczymy tu wiosło w drodze powrotnej? Się zobaczy. Na razie jedziemy dalej do Fulunäs czyli miejsca w którym zaczynaliśmy poprzednio przygodę z Västerdalälven celem zrobienia sobie przerwy na małe co nieco : ) Przy parkingu leży ścięty pień brzozy co skwapliwie wykorzystuję do tego by wyciąć z niej dużą garść pasków kory – idealnego materiału rozpałkowego na ognisko. Miejsce jest przyjemne, podobnie jak wspomnienia z nim związane, ale dość szybko ruszamy dalej celując już w stronę granicy z Norwegią. Ta oczywiście w niczym nie przypomina nawet naszych “byłych” przejść granicznych. Jedynym śladem tego, że faktycznie jesteśmy w innym kraju są nieco inne znaki drogowe oraz jednak faktycznie istniejący urząd celny. Tyle, że go mijamy po przejechaniu około 2okm od granicy.

Trysilelva Innbygda

Kolejny przystanek to most przed Innbygda – to już Trysilelva i tutaj mamy kończyć część rzeczną naszego wyjazdu, więc trzeba się przyjrzeć temu jak rzeka tu wygląda. A wygląda bardzo spokojnie. Wyśmienita pogoda utrzymuje się również po tej stronie granicy, więc leniwie kręcimy się tu kilka minut po czym jedziemy dalej do Innbygda sprawdzić czy jest tam stacja paliw z LPG. Faktycznie jest, co więcej ku naszemu zaskoczeniu jest taniej niż w Szwecji : ) Oczywiście tankujemy do pełna i znów ruszamy w drogę. Kolejny rozpoznawczy przystanek robimy za Joredet przy moście.

Trysilelva Jordet

Tutaj już rzeka nie wygląda tak zachęcająco. Nurt jest co prawda zdecydowanie szybszy, ale Trysil ma tu dobrze ponad sto metrów szerokości a co za tym idzie jest bardzo płytka. Na jednym z przęseł mostu Myszka wypatruje namalowany farbą wodowskaz – wychodzi, że wody jest 40cm. A to przy widocznych tu hektarach wystających z wody kamieni (odcinek ma przynajmniej 5oom długości) oznacza niezłe szorowanie dnem i burtami po kamolcach. Albo spławianie. No zobaczymy.

Trysilelva

Krótko za Jordet znów stajemy korzystając z tego, że Trysil prawie styka się z drogą. Jest trochę węziej, więc nieco głębiej ale za to z większym spadkiem. W sumie nadal niezbyt zachęcająco jak do pływania drewnianym kanu, a o tym co by się stało z nasza kanujką w razie przypięcia do jakiegoś kamienia nawet nie chcę myśleć. Za Engerneset skręcamy w lewo i odtąd już szutrową drogą wbijamy się w zbocze całkiem głębokiej doliny, jaką płynie tu Trysil.

Trysilelva

Widoki są co prawda przednie – jest dziko i stromo, ale to tak naprawdę rodzi kolejny problem. Bo jak się dostać z rzeki do położonej dużo wyżej drogi w razie “W”? Przebijać się z kanujką i beczkami przez stromy dziki las? Hmmm … Jedziemy dalej starając się wypatrzeć rzekę i gdy po kilku kilometrach w końcu się to udaje zatrzymujemy się, by zrobić kilka zdjęć. Realne możliwości wycofu pojawiają się dopiero jakieś 2-3 km przed jeziorem Senns a na brzeg rzeki prowadzi ścieżka dla wędkarzy. Schodzę sam, dochodzę do miejsca na ognisko, jakichś ławek i brzegu. Okazuje się, że ścieżka ta schodzi do rzeki między dwoma masywnymi bystrzami. Hmmm…

Trysilelva
Trysilelva

Robię kilka ujęć w górę i dół rzeki i wracam do auta w niewesołym nastroju. Generalnie wygląda to tak, że płynąc w dół i mając problemy na bystrzu powyżej tego zejścia można się do tego momentu spokojnie pozbierać. Natomiast poniżej zaczyna się ten fragment rzeki, który oznacza wykupienie biletu w jedną stronę mniej więcej do Engerneset. W niewesołym nastroju wracam do Myszki. Krótki przystanek – na kilka dokumentacyjnych zdjęć – robimy nad brzegiem Sennsjøen i ruszamy w górę rzeki.

Trysilelva Sennsjøen

Przez kolejne kilometry droga prowadzi w bezpośrednim sąsiedztwie Trysil i korzystamy z okazji by sobie ją zlustrować. Tak dojeżdżamy prawie do Snerty, prawie bo na 2-3km przed wioską Trysil ostro oddala się od drogi tworząc malownicze acz nie wyglądające na trudne nawigacyjnie bystrze.

Trysilelva

Oczywiście biorę aparat i spędzam kilka minut nad brzegiem rzeki. Od Snerty wg mapy nadal jest droga położona w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki, ale wjazd na nią okazuje się być płatny – bodaj 5o NOK do skrzynki. Odpuszczamy sobie i skręcamy w prawo i nadal szutrową drogą kierujemy się na Femundsundet by przed tą wioską skręcić na drogę w stronę Äkrestrømmen.

2015-08-17-046-Trysilelva
Trysilelva

Oczywiście ponieważ widać Trysil parkuję auto i idę się przyjrzeć rzece. Nieco podmokły teren doprowadza na jej brzeg. Tu akurat jest szeroko a nurt niesie dość leniwie, ale to zapewne tylko przerwa pomiędzy bystrzami : ) Teraz interesuje nas już wyłącznie dojazd do mostu nad Trysil i miejsca przy którym ma początek płatny odcinek drogi. Tuż przed mostem jest chyba najbardziej znane bystrze na tej rzece: Evbruna.

Trysilelva Evbruna
Trysilelva Evbruna

No nie powiem – robi wrażenie : ) Tylko raz w życiu robiłem coś podobnego (choć krótszego) i jednocześnie na granicy moich możliwości, wtedy bo było na Isel przed ujściem Drau do tej rzeki. Tyle, że tam było to OC-1 a tu mamy dużego drewnianego trippera bez worków wypornościowych i fartuchów. Przyglądamy się temu bystrzu ze wszystkich możliwych stron a ja robię przy okazji zdjęcia, ale to tak bardziej ze względów poznawczych, niż faktycznej chęci przepłynięcia nim w naszym kanu. Przyglądanie się okolicy powyżej prowadzi do jeszcze jednego wniosku – kilkaset metrów w górę rzeki też jest całkiem poważne bystrze, jeżeli była by wywrotka to naprawdę szybko trzeba by się było wyłapywać, bo w przeciwnym razie Evbruna może być śmiertelnym problemem.

Tak w ogóle to gdy przyjechaliśmy na parking to na małego dostawczaka na austriackich numerach mocowano właśnie dwie dmuchane kanadyjki Grabnera. Ekipa wyglądała na mocną, ale później wyszło, że nie do końca. Jednen z nich – Filip – okazał się polakiem z pochodzenia i w czasie gdy ja chodziłem z aparatem Myszka mogła chwilę z nim porozmawiać. Ekipa płynęła z Femunda i właśnie na bystrzu powyżej Evbruny obie gumy zaliczyły wywrotki. Chłopaki na szczęście się szybko, choć z trudem się połapali i spływ skończyli przed bystrzem. A moja refleksja jest taka, że ten odcinek byłby czymś ciekawym do spłynięcia w OC-1. Poza tym generalnie widoki są wspaniałe – po raz kolejny spełniło mi się kolejne marzenie. Fajne pagóry, fajna biała woda, świetna pogoda (cały czas bezchmurne niebo i 22°C w cieniu o 18:oo). Jeżeli chodzi o światło to wczoraj zmrok zapadł po 22:oo co oznacza, że czasu na pływanie powinno być nadal wystarczająco dużo. W każdym razie wieczorem jest odczuwalnie dłużej jasno niż w Polsce. Nam do Femund Canoe Camp pozostaje 27km, ale nie jedziemy tam od razu – tylko zamierzamy pomyszkować jeszcze po okolicy.

Trysilelva Isterfossen
Pierwszy postój wypada przy Isterfossen, czyli bystrzu Ister. Te jest dość szerokie, ale na szczęście w miarę głębokie i z tylko jednym problematycznym miejscem. Kręcimy się tam kilkanaście minut trafiając nawet na jakąś ścieżkę po deskach przez mokradła po czym ruszamy dalej. By rzucić okiem na bystrza na Gløta dojeżdżamy ziemną drogą do zabudowań kampingu Gløtberget. Myszka zostaje na parkingu a ja ruszam w poszukiwaniu bystrzy.

Gløta Trysilelva
Jedno z nich znajduję dość blisko zabudowań, a do kolejnego (którego już nie odwiedzam) prowadzi ścieżka wydeptana przez wędkarzy. Odcinek rzeki ogólnie jest wymagający, a dodatkowo w środkowej części bystrza któremu poświeciłem więcej czasu jest naprawdę duży odwój. Napłynięty na wprost w dużym kanu nie powinien sprawić problemu, jak by było w OC-1? Hmm – nie wiem. Pozytyw jest taki, że miejsca na asekurację jest naprawdę dużo i można się tam wygodnie poruszać po kamieniach. Na parkingu – zanim ruszymy dalej pastwię się kilka minut z aparatem nad widokiem jaki funduje nad zatoką zachodzące słońce.

Trysilelva Gløtberget

Po drodze trafiamy też na pierwszego w życiu renifera. Tak jak się tego spodziewałem zwierzak nic a nic nie boi się odgłosu silnika. W poszukiwaniu miejsca na nocleg zaczynamy myszkować przy brzegu Femunda i dość szybko trafiamy na zatoczkę pełną kamperów i przyczep. To Dalsvika. Zanim zaczniemy się rozbijać z namiotem pytam się tylko kontrolnie właściciela najbliższego kampera czy to miejsce jest bezpłatne, odpowiada twierdząco : ) Myszka tradycyjnie bierze się za rozstawianie namiotu, a ja za zmajstrowanie ognia, tym razem mam zamiar przetestować zabrany z kraju ruszt.

Femundsmarka Dalsvika

Nasze ognisko będzie 5-6. Co jeszcze? Może to, że komary tną umiarkowanie a woda w jeziorze jest krystalicznie czysta. Do tego stopnia, że poza nami nikt nie filtruje tu wody. Ja robię to tylko dlatego, że jakieś 5om od brzegu jest wygódka i z niej coś zawsze może spłynąć do jeziora. Jak na wieczór jest też całkiem ciepło – miłe zaskoczenie w stosunku do obserwowanych przed wyjazdem prognoz na YR.no. Na pichceniu schodzi nam gdzieś do 22:oo a po kolacji zabieram aparat i korzystając z tego jakie mam efekty na niebie przy zachodzie słońca staram się coś z tego utrwalić.

Femundsmarka Dalsvika

Femundsmarka Dalsvika

[18] Na nieśpiesznym gotowaniu, pieczeniu, przepakowywaniu rzeczy i pakowaniu się na pływanie schodzi do południa. Słoneczny i ciepły dzień oraz podglądanie myszkujących po krzakach reniferów skutecznie pomaga nam w ociąganiu się z tym wszystkim. Planując sześć dni pływania, dwa treku i dwa awaryjne jesteśmy spakowani do dwóch dużych beczek “odzieżowych” mieszczących też jednak nieco prowiantu, jednej mniejszej beczki tylko na jedzenie, dwóch dużych worków na namiot, foteliki i materacyki, oraz małego worka na ruszt i garnki ogniskowe. Do tego walizka na sprzęt foto oraz telefony, plecak luzem i kijki trekingowe. Niby dużo tych pojemników, ale i tak kilka rzeczy zostaje luzem na dnie kanu.

Femundsmarka Dalsvika

Okrążenie Femunda rozpoczęliśmy od ścięcia zatoki w której jesteśmy – po prostu chcemy opłynąć go przeciwnie do wskazówek zegara zaczynając od części bardziej dzikiej – zachodniej, ale też nie płynąć ściśle linią brzegu. Wiatr wieje lekko i generalnie z boku co w połączeniu ze słonecznym dniem daje nam dobre warunki do pływania.

Femundsmarka

Femundsmarka

Pierwszy dłuższy postój na fotografowanie robimy przy Søndre Gløtasund, czyli Południowej Cieśninie Gløta, która tak naprawdę okazuje się być rozległym i płytkim bystrzem oddzielającym Femunda od jeziora Gløten.

Søndre Gløtasund, Femundsmarka

Dalej wzdłuż wyspy pomiędzy zatokami i ścinając zatokę prosto na cypel Smalodden. Sam cypel jest wyłączony z terenu rezerwatu i jest doskonałym (choć potencjalnie nieco wietrznym) miejscem biwakowym z wyjściem z wody na piaszczystą plażę. Do Furuoddæstra czyli miejsca, w którym przy brzegu wybudowano kilka chatek płynie się wzdłuż niskiego wybrzeża z bardzo kamienistą linią brzegową. Veslbuvika to kolejne miejsce wyłączone z rezerwatu i okupowane przez typowe tutaj czerwone domki dostępne jedynie za pomocą wszędobylskich tutaj motorówek. Od tego momentu nad lewym brzegiem coraz bardziej zaczyna dominować rozległy szczyt Søndre Bjørnberget (951m.n.p.m.), co wykorzystuję by częściej sięgać do walizki po aparat.

Søndre Bjørnberget, Femundsmarka

W pewnym momencie płynąc blisko brzegu chowamy się w cieniu tej góry i z ciekawością w milczeniu przyglądamy się ponurym kamiennym osypiskom na jego zboczu. Tak w ogóle to dosyć marnie tu z przejawami życia – mimo krystalicznie czystej wody nie widać ryb, w powietrzu brak ptaków a na brzegu zwierzaków. Jedynie komary usiłują wypełnić tę pustkę. Korzystamy z mijanej plaży i zatrzymujemy się na kilka minut. Obserwacje sąsiedniego brzegu wcześniej z kanu i teraz z plaży nie nastrajają optymistycznie pod kątem znajdowania miejsca na nocleg w końcówce pływania – stąd nie widać niczego sensownego i pozostaje mieć tylko nadzieję, że w drodze powrotnej coś jednak w zatoczkach znajdziemy. W planach na dziś mamy dość wczesne zakończenie pływania, tak by po kolacji na spokojnie móc cieszyć się klimatami północy, ciekawe czy się uda?

Za Søndre Bjørnberget teren mocno się obniża by po około 3km znów się podnieść i skumulować na szczycie Norde Bjørnberget. Z mapy wynika, że jej zbocze będzie opadać stromo do samej wody i faktycznie tak jest. Jak doda się do tego fakt, że płyniemy w cieniu i że w okolicy brak jakiejś żywej przyrody to klimaty robią się takie jak w ponurych fragmentach “Władcy Pierścieni” : ) Kilkanaście minut później znów możemy cieszyć się tym, że płyniemy w słońcu.

Jonasodden, Femundsmarka

Przed nami wyspy Jonasodden, a jak wyspy to znaczy, że można przepłynąć między nimi a brzegiem. No tak to wynikał z mapy, realia okazują się inne – w najwęższym miejscu woda jest, ale między kamieniami. Trzeba by się przenosić.

Sålekinna, Femundsmarka

Nagrodą za mało sensowne wiosłowanie jest zacny widok na wyłaniające się w przerwie między wyspą a lądem szczyty Sålekinna. Takie małe łaaaał : ) Ale trzeba wracać i opłynąć je od strony jeziora. Przed nami jeszcze 2-3 km terenu rezerwatu, ale nie mamy złudzeń, że szybko trafi się jakaś plaża z płaskim terenem w sąsiedztwie – po prostu to co widzimy na lewej burcie nie “rokuje”. I dokładnie tak jest. Od wyspy, która jest już poza terenem rezerwatu nadal nic się nie zmienia. Znaczy zmienia się – ale na niebie, tam pojawiają się charakterystyczne “fajki” zwykle wyprzedzające o 1-2 dni większe załamanie pogody. Wracając do miejsca na spanie – wychodzi na to, że skończy się tak jak zawsze czyli rozbijaniem się wieczorem : )

Femundsmarka

Generalnie zawsze zakładamy sobie, że danego dnia płyniemy do jakiejś godziny (zwykle latem jest to 18:oo-19:oo) o od niej pierwsze miejsce do spania jest nasze. Dziś na takie miejsce trafiliśmy dopiero za trzecim podejściem (a raczej przybiciem do brzegu) już po minięciu wyspy Vikhusøya w jednej z położonych za nią zatoczek. Nasze wcześniejsze próby w mijanych zatoczkach to ogólnie manewrowanie po usłanych kamieniami płyciznach – takie “powoli, powoli, w lewo, albo w prawo, stop, wycof” a i tak za którymś razem kończy się to na podwiśnięciu na płytko położonym pod powierzchnią wody kamieniu.

Femundsmarka

Po dopłynięciu do naszej zatoczki światła dnia zostaje tylko na to by spokojnie rozbić namiot, naciągnąć paraplucha, nazbierać drewna na ognisko i pogotować. O tym by posiedzieć przy ognisku i chłonąć widoki nie ma już mowy – jest za późno i nawet nie wyciągam fotelików.

Femundsmarka

Jeszcze tylko rzut oka na GPS, ten zmierzył dziś 28,3km. Po kolacji Myszka szybko nurkuje w namiocie a ja przed dołączeniem do niej biorę aparat i przez kilkanaście minut próbuję złapać coś z atmosfery budowanej przez lekko krwisty zachód słońca.

Femundsmarka

Wracając w stronę namiotu zerkam jeszcze na przeciwległy brzeg – nad samą wodą widać dwa światełka, znaczy pewnie ogniska. Czyli może jednak jak by co to da się tam sensownie przenocować?

[19] Jeżeli chodzi o deszcz tej nocy to tak w dużym skrócie: upiekło się nam : ) Z wczorajszego zachmurzonego i nieco krwistego nieba w nocy nie spadła nawet kropla. Na niebie rano jest co prawda nieco chmur, ale to w sumie takie “farfocle”, które w ciągu dnia powinny przegrać z wyżem znad Szwecji. Ja na nogach jestem już przed siódmą i po rozpaleniu ogniska biorę się za kolejne testy niedawno zakupionego panelu słonecznego.

Femundsmarka

Miejscówka jest fajna, więc rano nadrabiamy wieczorne zaległości z przesiadywania przy ognisku. Skutkiem jest oczywiście późny start, ten wypada tuż przed 1o:oo. Z naszego miejsca do Furuodden (czyli zatoczki z dwiema czy trzema chatkami) było mniej niż półtora kilometra. Przepływamy oczywiście obok i kierujemy się na port w zatoce Buvika. Osada okazuje się być całkiem duża, pewnie za sprawą przechodzącej w tym miejscu w pobliżu jeziora drogi. Do portu nie wpływamy bo w oddali widzimy coś dużo bardziej atrakcyjnego, czy dłuuuugą piaszczystą plażę. Fajne miejsce na nocleg jeżeli startuje się z pływaniem nieco wcześniej niż my wczoraj i nie przeszkadza widok zabudowań w oddali ; ) My jednak korzystamy ze słońca i wylegujemy się na piasku. Żal tylko, że woda w Femundzie jest tak sakramencko zimna, bo aż się prosi by tu popływać.

Femundsmarka

Na wysokości przylądka Sandodden decydujemy się ściąć zatoczkę i płynąć prosto na widoczne po prawej burcie wyspy. Kilka z nich jest zadrzewionych pozostałe to w zasadzie zbiorowiska kamieni wystające z wody. Od tej pory wiatr, który wiał nam generalnie z boku zamienia się w typowy “wmordęwind”. Przez ten wiatr decydujemy się na ścięcie kolejnej zatoki i kierujemy się na półwysep Skåvårodden. Na rejestrowanym przez GPS przebiegu naszego pływania pewnie będzie widać niezłe zygzaki. Do samego cypla nie dopływamy jednak od razu – po prostu fantastyczna plaża przed nim prowokuje do tego by znów wyjść na brzeg i z lądu chłonąć tutejsze widoki.

Femundsmarka, Skåvårodden

Lekkim popołudniem to nie trzeba by nas było namawiać by spędzić tu resztę dnia, ale niestety jest dopiero 12:oo i z ciężkim sercem zbieramy się by płynąć dalej. Wiatr nie chce odpuścić, więc kolejną zatokę (Halsteinsvika) też ścinamy i kierujemy się na Nålodden. Wiosłowanie jest dość wymagające, bo fale może i nie są duże ale wiatr w twarz jest mocny. Przed samym cyplem jest mały port, prawie wpływamy do niego ale ostatecznie odpuszczamy i płyniemy dalej licząc na to, że za nim będziemy już po zawietrznej i na jakiś czas przestaniemy walczyć w wiatrem. I faktycznie tak jest.

Femundsmarka

Uważnie manewrując między kamieniami wpływamy do pierwszej zatoczki po stronie zawietrznej. Ta – jak się okazuje – ma potencjał noclegowy, niestety z powodu wczesnej pory ponownie z niego nie skorzystamy. Za kolejnym cyple wyłania się kolejna plaża, do tej nie podpływamy ale na oko ma to jeszcze lepsze miejsce na biwak. Płyniemy dalej a mając ląd i drzewa za osłonę kilka kolejnych kilometrów staje się naprawdę relaksujące pływaniem. Co dobre nie może jednak trwać zbyt długo a nasze “dobre” kończy się wraz z minięciem przylądka Kløvstenodden i tablicy informującej, że tu motorówki mają “verboten” bo jest to teren rezerwatu. Od tego miejsca wiatr ponownie daje o sobie znać, na co my reagujemy ścięciem kolejnej zatoki. Ku naszemu naprawdę dużemu zaskoczeniu, woda na jej środku nie dość, że się bardzo wypłyca to na dodatek w całej zatoce przybiera rudy odcień. Ciekawie się płynie po takiej “krwistej” wodzie, a gdyby nie wiatr to pomyszkowanie po tej zatoce było by czymś interesującym. Nasze zygzakowanie kończy się dopiero za przylądkiem Komeset. Od tego miejsca ląd znów osłania nas od wiatru, więc można włączyć bieg relaksacyjny i leniwie płynąć przed siebie.

Femundsmarka

W zatoce Rotvika na chwilę przybijamy do kolejnej plaży. W pierwszej chwili przychodzi mi do głowy bu to pogotować i później płynąć do wieczora, ale ostatecznie wygrywa opcja by ruszyć dalej i na kolejnej fajnej plaży zostać już na noc. Kolejne kilometry to jak na złość zatoczki z kamienistymi brzegami, więc w przypływie desperacji w końcu wpływamy do takiej, która sąsiaduje z płaskim terenem przy brzegu a jej linia brzegowa daje szansę na opuszczenie kanu bez połamania go przy tym na kamieniach.

Femundsmarka

Nasze miejsce pod namiot nie jest szczególnie równe – no trudno, chyba mieliśmy zbyt duże oczekiwania po tym co widzieliśmy wcześniej : ) Myszka sprawnie rozkłada namiot a ja przez dłuższy czas walczę z zastanym “kącikiem” kuchennym starając się go wyrównać i ustabilizować pod ruszt. Po obiedzie robimy sobie spacer do chatki wypatrzonej przeze mnie na przeciwnym brzegu zatoki. Skakanie z kamienia na kamień wzdłuż brzegu zaprowadza nas do czegoś co okazuje się być nie tyle chatką a czymś w rodzaju marnej szopy. W sumie strata czasu. Do wieczora już tylko słodko leniuchujemy przy ognisku.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *